Chinsymilacja

Gdyby ktoś mi dwa miesiące temu powiedział, że mimo moich 23 lat bytowania na kulce zwanej Ziemią, zacznę chodzić codziennie do szkoły  i odrabiać lekcje, parsknęłabym śmiechem i powiedziała ,,dobry żart”.

A jednak. Jestem w Chinach po raz drugi w życiu, w moim ukochanym Chengdu. Mieszkam z Koreanką, która jest najlepszą współlokatorką na świecie. Gdy wracam z imprezy do akademika,  dba o to,  bym miała wodę w pokoju i lunch.
Chyba ją zabiorę do Polski.

Mój poziom asymilacji ulokował się na poziomie jedzenia herbacianych jaj, faszerowanych bułek na parze i kleików na śniadanie. Nie reaguję, kiedy ktoś obok mnie pluje, puszcza bąki albo daje kuksańca, bo chce przejść.
Nie przeszkadza mi chaos, gwar i zanieczyszczenie powietrza. Wręcz niepokoję się, gdy jest za cicho. Zaczynam myśleć po chińsku patrząc na ceny, zapominając, że w porównaniu z Polską jest tanio. A jednak 15 RMB za posiłek maluje na mej twarzy emocję pod tytułem ,,chyba kpisz”.
Chodzę do parków, patrzę na starszych ludzi bawiących się bądź też tańczących i malujących wiersze na chodnikach. Czasami z nimi siadam i próbuję rozmawiać, wychodzi to często niezgrabnie, ale szczere chęci i uśmiech to najlepszy środek komunikacyjny.

Trzy tygodnie temu, gdy zaczęłam zajęcia w grupie średniozaawansowanej, okazało się, że uczymy się totalnie chińskiego po chińsku.  Pomyślałam sobie „Matko Bosko Częstochowsko, nie dam rady”. I miałam na początku wiele chwil zwątpienia, czy na pewno jestem we właściwym miejscu, jednak nie zrażałam się i widzę poprawę. Zaczynam rozumieć co się dzieje na lekcjach, bez spoglądania na nauczycieli wzrokiem help me, help me please.

I po raz pierwszy od dawien dawna, mimo całej dziwności i paradoksu tego kraju, mogę stwierdzić, że w Chinach czuję się jak w domu.

 

Podobne Wpisy

1 Komentarz

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.