Pola śmierci. Przystanek Phnom Penh cz.2

Jakoś chwilę po 9 rano wyszliśmy z Johnnym z domu upolować jakieś śniadanie na mieście.
Zauważyłam, że zarówno w Wietnamie jak i w Kambodży ludzie lubią jeść bezsmakową zupę z kluskami ryżowymi, kawałkami wołowiny i świeżymi ziołami o każdej porze dnia.
Różnica jednak polegała na tym, że w Kambodży taka zupa była stosunkowo droga. Zupełnie tego nie oczekiwałam, a przecież chodziłam na lokalne jedzenie z LOKALNYM przyjacielem.
Johnny zawiózł nas później zobaczyć od środka kompleks Royal Palace i Srebrną Pagodę. Wejście kosztowało mnie ok. 5 $, Johnny jako mieszkaniec Kambodży miał wstęp za darmo,  musiałam jeszcze dokupić koszulkę, bo zapomniałam z pośpiechu zabrać czegoś co, by mi zakryło ramiona.
Kompleks pałacowy był bardzo ładny, niestety – mój pech – część budynków była restaurowana i nie mogłam zajrzeć do środka.
Po lunchu Johnny zostawił mnie samą na jakieś 5h, mając do załatwienia sprawy związane z przyjazdem praktykantów do Kambodży, więc miałam do wyboru poszlajać się mieście słuchając co chwila :,, tuk tuk? tuk tuk?” albo faktycznie utargować jednego ,,tuk tuka” i wybrać się na Pola Śmierci, czyli taki Kambodżański Oświęcim.
Oczywiście wybrałam opcję numer dwa.
Udało mi się ustalić całkiem sensowną cenę z jednym z kierowców i opuściłam Phnom Penh.
Droga była paskudna, chyba jeszcze gorsza od tej, która prowadziła do granicy. Wokół były wszędzie pseudo sklepy, dzieci bawiące się tym, co wpadło im w ręce i bieda taka, że żal było mi patrzeć.
Dlatego nie lubię mówić o sobie, gdy gdzieś jadę, że jestem turystką.
Turyści kojarzą mi się z lustrzanymi aparatami, drogimi zachciankami i przekonaniami, że wszystko im wolno, bo płacą.
Nie ma w tym ciekawości podróżniczej, tylko bezmyślność i patrzenie na lokalnych ludzi z góry. Turyści z reguły są ze świata zwanego Europą albo Ameryką , znanego z poczucia lepszości i wyższości przez lepsze warunki bytowe.
Spotykam się z tym bardzo często. I bardzo mnie to denerwuje.
Gdy dojechaliśmy na Pola Śmierci, mój kierowca powiedział, że mam się nie spieszyć i na mnie poczeka.
Kupiłam bilet, dostałam słuchawki z nagraniem po angielsku, żebym mogła lepiej zrozumieć to miejsce.
Na pierwszy rzut oka – nic takiego.
Pola i kilka drzew.
Podeszłam bliżej.
Przede mną ukazała się wielka stupa, zawierająca w środku czaszki ofiar. Rozejrzałam się. Widziałam wgłębienia w ziemi.
Już wiedziałam, gdzie jestem.
Ludobójstwo w Kambodży z perspektywy czasu miało miejsce stosunkowo niedawno, raptem w latach 1975 – 79, kiedy ten kraj znajdował się pod rządami Czerwonych Khmerów i Pol Pota, nierzadko nazywanego Kambodżańskim Hitlerem.
„Demokratyczna Kampucza” miała opierać swoją gospodarkę na rolnictwie, zatem wszystko powiązane ściśle z nauką, przemysłem itp. uznano za zbędne i poddane likwidacji.
Zabijano ludzi z byle powodu, słowo ,,niewinność” stało się obce.
Za Pol Pota wymordowano ok. 2 z 7 mln mieszkańców Kambodży. W tym niemalże całą inteligencję.
Nic dziwnego, że obecnie ten kraj rozwija się bardzo powoli. Brak mu ,,zasobów umysłowych”.
Włączyłam nagranie i zaczęłam spacer.
Każde miejsce było szczegółowo przedstawione.
Chodziłam i patrzyłam na masowe groby, pnie na których mordowano noworodki i kości wyłaniające się z ziemi, słuchając historii, jak uśmiercano ludzi używając kijów bambusowych, bo szkoda było amunicji.
Najgorzej było wtedy, gdy podeszłam do tzw. ,,Magicznego Drzewa”.
Podczas reżimu zawieszone były na nim dwa głośniki.
Zawsze gdy przychodził czas egzekucji puszczano z nich głośną muzykę, aby zagłuszyć jęki więźniów.
Stałam i gapiłam się na to drzewo, słuchając muzyki z nagrań.
To uczucie, którego nie da się opisać. Kiedy człowiek patrzy na doły dookoła i bransoletki zawieszone na gałęziach drzew przez turystów z całego świata.
Wróciłam do kierowcy, poprosiłam go jeszcze, żeby mnie zawiózł do Muzeum Ludobójstwa.
Mym oczom ukazała się stara szkoła średnia, zamieniona w więzienie.
Zaraz po wejściu na ten teren, można było przeczytać regulamin, taki dekolog więźnia:
1. Musisz odpowiadać zgodnie z zadanym pytaniem – nie zmieniaj tematu.
2. Nie próbuj ukrywać faktów przez szukanie pretekstów ” to i tamto”. Nie wolno ci się ze mną sprzeczać.
3.  Nie bądź głupcem, bo jesteś tylko typem, który śmiał się sprzeciwić rewolucji.
4. Musisz natychmiast odpowiadać na moje pytania, bez marnowania czasu na namyślanie się.
5. Nie mów mi o swoich niemoralnościach ani o istocie rewolucji.
6. Podczas chłosty i porażania prądem nie wolno ci płakać.
7. Nie rób nic, siedź w miejscu i czekaj na moje polecenia. Gdy wydam rozkaz musisz go wykonać bez protestów.
8. Nie rób wymówek Kampuchea Krom aby zataić sekret lub ukryć zdrajcę.
9. Jeśli nie będziesz przestrzegał powyższych zasad, dostaniesz mnóstwo batów przewodem elektrycznym.
10. Jeśli nie będziesz przestrzegał, któreś z zasad dostaniesz dziesięć batów lub pięć porażeń prądem.
W środku budynków można było zobaczyć cele, do których byli przykuwani więźniowie. Małe klitki, uniemożliwiające poruszanie się. Podobnie jak u nas w Polsce za czasów wojny – głodzono ich, czasami zmuszano do jedzenia fekaliów i torturowano. Oczywiście każdy z więźniów miał zrobione zdjęcie.
Po 16.00 Johnny odebrał mnie ze wcześniej umówionego miejsca. Przeszliśmy się wzdłuż rzeki.
To była moja chwila refleksji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



W wyniku absolutnego braku szybkiego Internetu i możliwości ładowania zdjęć tudzież innych multimediów, jakość moich postów może ulec pogorszeniu.
Bardzo przepraszam.

 

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.