Bawię się świetnie

Zaczynając od Hong Kongu, miałam zorganizowane noclegi w całych Chinach u chińskich rodzin bądź też ludzi, którzy mieli trochę miejsca w swoich mieszkaniach i chcieli mnie przenocować za darmo.
Oczywiście przez couchsurfing
Podróżowałam w ten sposób po Stanach, więc stwierdziłam, że czas do tego wrócić, a akurat nadarzyła się fajna okazja.
Będą w Kambodży mój host z Hong Kongu napisał mi wiadomość, że bardzo przeprasza, ale szef go wysyła w delegację i nie da rady zapewnić mi dachu nad głową.
Ktokolwiek miał okazję być w Hong Kongu ten wie, że to stosunkowo drogie miasto, zwłaszcza jeżeli bierzemy pod uwagę zakwaterowanie i transport.
Miałam tam zostać na trzy noce i wizja opłacenia noclegu ze studenckiego portfela przyprawiała mnie o ból głowy.
W zasadzie nic się nie dzieje bez przyczyny i podświadomie nie do końca chciałam zostać u mojego pierwotnego hosta z Hong Kongu, czując, że się z nim mogę nie dogadać.
Sytuacja rozwiązała się sama. Jednak problem polegał na tym, że na dwa dni przed wylotem, kiedy człowiek jest w trasie i nie ma czasu siedzieć przy komputerze, prawie niemożliwym byłoby znaleźć kogoś na zastępstwo.
Napisałam więc całkiem beznadziejnego maila do kolesia, z którym tak po prostu byłam umówiona na drinka w HK. Pewnie wziął mnie za polską ,,kupkę” nieszczęść po tym, jak poinformowałam go, że prawie mnie okradli w Wietnamie, zatrułam się w Kambodży i zostałam na lodzie z mieszkaniem w HK. Postanowiłam go zapytać, czy mnie nie przekima.
Historia była nie do końca piękna, okraszona tęczą i kucykami Pony, ponieważ mój potencjalny nowy host miał w tym czasie innego gościa, ale odpowiedział mi, że mam się nie martwić i coś skombinuje.
Po paru godzinach otrzymałam maila, w którym napisał mi, że mnie przenocuje przez dwie noce. Swojego gościa przekonał do spędzenia w Macau więcej czasu.
Dzięki Ci Boże.
31 stycznia po południu przyleciałam do Hong Kongu.
Nie sposób było nie mieć banana na twarzy, widząc to piękne miasto.
Cudowny powrót do normalności i cywilizacji.
Gdzie słońce fantastycznie dodaje energii i nie smaży czubka głowy.
Kupiłam sobie na lotnisku Octopus Card na transport, załadowałam tyłek w autobus i pojechałam na Nathan Road, gdzie miałam spędzić pierwszą noc w hostelu.
Hostel był oczywiście dziadosko drogi, ale usytuowany w bardzo dobrym punkcie, wszędzie blisko.
Dzieliłam pokoik z dwiema dziewczynami, ledwo szło się w nim obrócić, ale w HK niestety tak sprawy się mają. Ciasno wszędzie.
Napisałam do Ajey – mojego przyszłego hosta, gdzie jest. Odpisał, że u znajomych, podał adres i dodał, że później pójdziemy potańczyć.
 Zjawiłam się w Centrum w jakimś wypasionym blokowisku, zadzwoniłam niepewnie do mieszkania.
Otworzył mi Ajey.
Bardzo przyjazny Hindus z Mumbaju, z zawodu architekt. Przedstawił mnie swojej przyjaciółce Becky, która pochodziła z Ningbo, a resztę ludzi zarówno on jak i ja pierwszy raz na oczy widzieliśmy.
Taka sytuacja.
Okazałam się najmłodszym rodzynkiem z towarzystwa, bo tam znajdowała się tzw. grupa ,,wciąż młodych i ambitnych” ludzi po 30, a ja taka przetyrana polska pyza.
Przynajmniej miałam po Kambodży dobrą wymówkę, żeby nie pić alkoholu będąc wciąż na lekach. Ajey alkoholu nie pił wcale, więc bardzo dobrze. Zawsze w takich sytuacjach, gdy jestem w otoczeniu osób zupełnie mi obcych i miejscu, które bardzo słabo znam – wysokie trunki omijam z daleka. Poczucie kontroli sytuacji jest ważniejsze aniżeli chwilowy dobry humor.
Całe towarzystwo poszło do baru, a Ajey i ja do klubu, w którym po raz pierwszy było organizowane swego rodzaju
„bollywood night”. Po drodze Ajey spotkał znajomego, do dzisiaj nie wiem kim on był – czy Włochem czy Francuzem, w każdym razie gość ok. lat 50 , czarne loki i śmieszna czapka tak jak u żigolo.
Wieczór bollywood okazał się kompletną klapą, zważywszy na fakt, że Ajey był jedynym Hindusem, a tancerka pochodziła z Brazylii i kręciła tyłkiem jak do samby, więc miało się to nijak.
Włoch tudzież Francuz widząc moje znużenie zaproponował, że przenosimy imprezę do Lan Kwai Fang, czyli dzielnicy słynącej z dosyć intensywnego życia nocnego.
Gdy tylko wysiedliśmy z taksówki i zobaczyłam stado pijanych ludzi w każdym możliwym miejscu, słysząc ze wszystkich klubów huczną muzykę i całkowity ścisk na ulicy – wiedziałam gdzie jestem. Mimo tego całego syfu i wyuzdania atmosfera była taka, że chciało się tam zostać. Ludzie z różnych krajów świata pomieszani z lokalnymi. Potańczyłam, pośmiałam się, a na koniec czując zmęczenie, zniknęłam jak Kopciuszek. Na szczęście nie zgubiłam żadnego pantofelka. Ani pantoflarza. Portfela też nie.
Następnego dnia przeeskortowałam się do North Point, gdzie mieszkał Ajey. Widać po nim było, ze wrócił znaczenie później niż ja. Jego zaspana twarz jeszcze nie kontaktowała, co się dzieje.
Zostawiłam plecak i pognałam na metro chcąc się dostać do Wielkiego Buddhy.
Zajęło mi to dobrą godzinę.
Na miejscu poznałam Chinkę, która miała w tym dniu urodziny i bilet wstępu dostała za darmo. Przykleiłam się do niej albo ona do mnie, bynajmniej miałam kompankę do pogawędki i robienia mi zdjęć.
Pod wieczór wróciłam do North Point, poszłam z Ajey coś zjeść. Gdy wróciliśmy do mieszkania, wyciągnął małe zawiniątko z szafki i mi wręczył.
– Co to jest ? – pytam
– Mówiłaś, że jedyne czego szukasz to odrobiny szczęścia. Przywiozłem ci słonia z Indii.
Otwieram. Faktycznie. Mały czarny słoń z kolorowymi kamieniami.
Nocą żadne z nas nie miało ochoty się szwendać, więc skończyliśmy na oglądaniu filmów i gadaniu o bzdetach. Zrobiłam się senna, więc jak pies Burek wróciłam na swoje miejsce – tj. podłogi ze śpiworem w kuchni. I nastała ciemność.
Trzeci dzień w Hong Kongu – w założeniu ostatni.
Wstałam rano z myślą : Jezus Maria, jeszcze tyle do zobaczenia!
Wybiegałam z mieszkania jak na skrzydłach i wybrałam do Mong Kong. Obczaiłam Lady’s Market i inne miejsca dookoła. Później stwierdziłam, że warto byłoby zabrać tyłek na Victoria Peak, żeby zobaczyć panoramę całego miasta. Super sprawa! Panorama o zakresie 360 st. Czyste, błękitne niebo, relaks, w to mi graj.
Gdy wracałam ze szczytu postanowiłam pokręcić się jeszcze trochę po Centralu, a później przenieść się do tutejszej Alei Gwiazd.
Było pięknie.
Zachód słońca, statki, aż chciało się spacerować i spacerować. W drodze powrotnej kupiłam sobie milk tea, zjadałam makaron i wróciłam cała w skowronkach do mieszkania Ajey.
Powitał mnie z miną ,,gdzie żeś ty była kobieto?!”, po czym zapytał się mnie kiedy wracam.
– Jutro – mówię
– O której?
– Jakoś po 9 mam pociąg.
– Wieczorem tak?
– Nie, rano.
– Nie wygłupiaj się, następnego gościa mam za kilka dni, więc możesz tu jeszcze zostać.
– Trzymam się planu, jutro jadę do Guangzhou, nie zostanę. Powiedz mi tylko jak dojechać na dworzec.
– Najwygodniej promem. A najlepiej to zostań jeszcze trochę. Jak pojedziesz będziesz żałować.
Miał rację.
Żałowałam.
Nawet bardzo.
Cdn.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.