Puerto Princessa – odkrywamy Palawan

Zbliżał się Chiński Nowy Rok, niepowtarzalna okazja płatnego 10 dniowego urlopu, gdzie można było czmychnąć z Chin. W zeszłym roku o tej porze dochodziłam do siebie po operacji. To było okropne dla mnie zostać w pustym mieście, gdzie jedynymi moimi podróżami były te do szpitala na zmiany opatrunków. Ściskała mnie okropna zazdrość w środku widząc, że moi znajomi wylegują się w ciepłych krajach.

Na szczęście moje problemy zdrowotne się skończyły i mogłam czmychnąć na plażę. W tym roku wybór padł na Filipiny. Zabrałam Żabę pod pachę i polecieliśmy odkryć Palawan – Puerto Princessa.

Była przed nami męcząca podróż

Niby Filipiny w Azji, ale dostać się tam z Chengdu to nie taka prosta sprawa. Mówiłam Żabie, że będziemy wymęczeni, bo czekały nas trzy przesiadki, ale Żaba jak to facet, dopóki nie doświadczy nie uwierzy. I tak najpierw poleciliśmy do Szanghaju, gdzie musieliśmy przejść przez wszystkie bramki kontroli paszportów i wiz. W Szanghaju czekaliśmy trzy godziny na kolejny lot. Byliśmy głodni i nic do wyboru ciekawego nie było. Takie duże lotnisko, wstyd. Wylądowaliśmy w pizza hut. Czekaliśmy na lot do Cebu. Na szczęście był planowy.  Gdy wylądowaliśmy w Cebu musieliśmy odstać się po stempel w paszporcie 1.5 godziny. A następnie zmienić terminal, z którego mieliśmy wylecieć do Puerto Princessa.

W nocy to wszystko słabo wyglądało

Żaba nie dosyć, że zmęczony to jeszcze na głodzie nikotynowym. Nie miał zapalniczki, jak to przy lotach, a nie było w pobliżu 7/11.  Obraził się na mnie, gdy odmówiłam łażenia z tobołami w te i wewte, żeby znaleźć sklep z zapalniczkami. W nocy trochę niebezpiecznie, dużo podejrzanych typków i bezdomnych, któryś jeszcze by nas okradł albo w mordę dał i by się narobiło. Uparłam się, żeby czekać w środku terminala na kolejny lot. Powiem wam szczerze, że to trochę było takie z deszczu pod rynnę. Ostatnio tak brzydki terminal widziałam na wyspie Korfu w Grecji. Ten filipiński był przeznaczony do lotów wewnątrzkrajowych. W środku trochę jak na stacji PKP. Kupiłam Żabie kawę i kanapkę, powiedziałam mu: ,,masz uspokój się i nie dramatyzuj, dolecimy to sobie zapalisz”. Przestał marudzić na szczęście i cierpliwie czekał na kolejny lot .

Dolecieliśmy do Puerto Princessa

Wybraliśmy sobie hostel na booking.com bez rezerwacji, bo Żaba się uparł, że będzie taniej. Jak się zjawiliśmy okazało się, że nie było taniej i nie było miejsca. Jak się właściciel zapytał ile nocy chcemy zostać, a my, że 4 to miejsce się znalazło. Początkowo chcieliśmy się wybrać do El Nindo i El Coron, ale jak zobaczyliśmy jakie są tam tłumy i że nam to czasowo nie wyjdzie postanowiliśmy, że zostaniemy w Puerto Princessa. Obczailiśmy śniadanie, wynajęliśmy skuter, kupiliśmy wycieczki i to wszystko w dwie godziny po przyjeździe. Zadowoleni z siebie nie tracąc dużo czasu, obraliśmy kurs w stronę plaży i tak postanowiliśmy przeżyć pierwszy dzień.

Do plaży jednak było daleko

Większość hoteli w Puerto Princessa ulokowana jest niedaleko lotniska. Do najbliższej plaży trzeba było pojechać około 20 km. Czyli nie takie znowu hop siup. Droga do plaży też nie była przepełniona bajecznymi krajobrazami. Cały region przypominał wielki plac budowy, wszystko pod nowe drogi i resorty. Trochę wyglądało to wszystko rozczarowująco. Jedyne co zwracało moją uwagą to śmiejące się i śmiałe dzieci, które chętnie machały na przywitanie. Gdy zajechaliśmy do plaży Nagtabon było już trochę późno.  Na miejscu jednak wciąż znajdowało się sporo turystów, w tym lwią część stanowili Rosjanie. Widać też było niemało emerytów z Zachodu, odpoczywających w towarzystwie młodych Filipinek.

Zrobiliśmy się głodni, więc opchnęliśmy rybę z grilla. Żaba wziął sobie lokalne piwo, ja tradycyjnie kokosa. Dałam Żabie, zachęcałam : ,,weź spróbuj, kokos taki spoko”, a ten że on kokosów nie cierpi. Ja uparcie: ,,ale ty nie lubisz mleka kokosowego, a nie wody kokosowej, jak ci nie będzie smakować, więcej ci już nie zaproponuję“. Spróbował.  Mruknął tylko “mmm dobre”, po czym do końca podróży podkradał mi moje kokosy.


Plaża Nagtabon
Żaba w tle jak David Hasselhoff 🙂

Puerto Princessa – pierwsze wrażenia

Nie mogę powiedzieć, że zachwyciła mnie nasza długa podróż jak i pierwsze chwile na Filipinach. Zmęczenie zrobiło swoje. Jedyne co na pewno rzucało się w oczy to niezwykła uprzejmość mieszkańców, bardzo dobry angielski, grzeczność i łatwość organizacji. To był nasz pierwszy dzień. Czekało na nas jeszcze zwiedzanie wysp, świetliki, jak również podziemna rzeka, a o których w następnych wpisach. Wpadajcie 🙂

 

A może wolicie się przejechać do Tajlandii?

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.