Nowy Rok.Przystanek Shanghaj

Czekałam sobie na pociąg z Hangzhou do Shanghaju na bardzo ładnym dworcu, jednym z tych, który ma mnóstwo bramek i przypomina normalny terminal samolotowy.
Siedziałam w zadumie, aż tu nagle podszedł do mnie Chińczyk około lat 30, który o dziwo nie wyglądał jak wychudzony zgred i przemówił do mnie po angielsku : ,,jesteś z Polski”.
Niebo się rozstąpiło, zsyłając na mą skromną postać światłość,  w tle słychać było muzykę kościelną, akord jakby na „Amen”, a moja twarz malowała wyrazem piękne słowo „Victoria!”.
Pierwszy Chińczyk i w ogóle obcokrajowiec, który nie powiedział, że moje słowiańskie rysy są rosyjskie. I że ja nie od Putina. I nie mam nic wspólnego z Gazpromem.
Okazało się, że ten o to Chińczyk, którego imię zapomniałam w tej samej sekundzie, w której je powiedział, mieszkał w Polsce parę lat. Potem go posiało po świecie i kręci się dookoła, nie mogąc sobie znaleźć miejsca.
Niestety nie jechał tym samym pociągiem co ja. Czekałam trochę dłużej na swój, a gdy wsiadłam okazało się, przedziały były zupełnie puste.
Abstrachując.
Dotarłam do Shanghaju około godziny 20.00.  Wiedziałam tylko, że mam wsiąść w linię metra numer dwa i pojechać na przystanek Lujiazui. Dostałam wcześniej w wiadomości wyobrazkowaną drogę do miejsca pracy mojej przyszłej hostki Dory, którą poznałam dzięki Sarze – koleżance z kursu językowego.
Czasem ze mnie jest totalna ciapa, nie zdążę wszystkiego sprawdzić albo nawet nie chcę tego zrobić, myśląc, że pójdę tam gdzie wyśle mnie los. Byłam więc wielce zdziwiona, że Lujiazui znajduje się w Shanghajskim Pudongu. Czyli luksusowej dzielnicy, gdzie jest chociażby Wieża Perłowa.
Wiem, bywam blondynką. Rodzi to bardzo ciekawe sytuacje.
Byłam świadoma, że Dora pracuje w restauracji właśnie na Lujiazui i chociaż wcześniej przesłała mi nazwę swojego miejsca pracy – nie sprawdziłam dokładnie co to, gdyż pomyślałam sobie „no co Daria, knajpa jak knajpa, w Shanghaju będzie po prostu bardzo droga”.
Wyobraźcie sobie jak wyglądałam: ostatnia sierota obładowana jakimś garbem zwanym plecakiem trekkingowym, z przewieszonym laptopem przez pachę i w zniszczonych adidasach po podróży.
Idę do restauracji.
Już się cieszę po drodze, myślę: ,,o jak tu ładnie, tak się fajnie budynki świecą lalala…”.
Znalazłam restaurację.
Wchodzę do budynku.
A tutaj…. restauracja Park Hyatt.
91 piętro.
Matko Bosko Częstochowsko.
Razem ze mną w windzie odstrzelone jak stróż w Boże Ciało pary. Jeszcze były Walentynki. Tu garnitur. Tu szpilki i ładna kiecka. A tu ja. Zaginione dziecko Żwirka i Muchomorka.
„Ja pierdziele” – elegancko westchnęłam.
Wchodzę do restauracji.
Strasznie się wstydzę.
Bo jest drogo. I przepych.
Podchodzi do mnie dziewczyna: „Daria ,tak?”
Okazało się, że to Dora.
Wzięła ode mnie ten plecak, usadziła przy barze, zapytała się czy jestem głodna. A ja byłam zdezorientowana.
„Wiesz, to jest najwyżej położona restauracja w Shanghaju. Mamy tu widok na całe miasto, jak goście spod okna odejdą, możesz sobie podejść i zobaczyć.”
Zatkało kakao.
Popukałam się w głowę, wyzywając od idiotek, które nie wiedzą jak żyją.
Pudong, Pudong.
Kojarzyło mi sie, że zacny rząd chiński ustanowił tu specjalną strefę, gdzie można wejść na strony zachodnie typu Facebook czy Youtube bez blokad.
Sprawdziłam.
Eureka! To był taki szał jakby Chiny mi powiedziały „wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek”
Dora skończyła pracę koło północy, powiedziała, że niestety, ale mieszka daleko od Pudongu i ona śpi w miejscu pracy, ale mi znalazła hostel na trzy noce. Później natomiast miała mnie zabrać do rodzinnego domu na Nowy Rok.
Zrobiło mi się głupio, że ją kłopoczę, a jeszcze bardziej mi się głupio zrobiło, gdy nie pozwoliła mi zapłacić, ciągle mamrocząc: 你是客人 ”jesteś gościem”.
Umówiłyśmy się, że rano ze mną spędzi trochę czasu przed pracą, a później muszę sama tuptać po mieście.
Następnego dnia, wybrałyśmy się do parku, żeby się lepiej poznać.
Patrzę sobie naokoło i widzę kartki na chodnikach i murach, których pilnowali starsi Chińczycy.
Podchodzę czytam, a tam informacje typu: dziewczyna lat 20, studia takie i takie, wzrost, zainteresowania itp.
– Co to jest? Ogłoszenia matrymonialne? – spytałam Dory.
– W Chinach rodzice są zdesperowani. Często, aby znaleźć ich dziecku małżonka, aranżują spotkania z przyszłymi kandydatami do małżeństwa. Zostawiają podstawowe informacje kim są, co mogą zapewnić i liczą na odzew.
– Ale osoby, które są na tych kartach, wiedzą, że się je w jakiś sposób „sprzedaje”?
– Czasami wiedzą, czasami nie. Zależy od rodziny. Mnóstwo osób z tego korzysta, choć dla mnie to bardzo dziwaczne.
Gdy Dora już nie miała dla mnie czasu, napisałam do gościa z Filipin o imieniu Nick, który pracował tutaj jako projektant przestrzeni.
Bardzo śmieszny, okrągły facet, który chciał mi pokazać Szanghaj.
Muszę przyznać, że start był bardzo dobry. Spotkaliśmy się przy People’s Square, od razu zaczął mówić: ,,dzisiaj pokażę ci to i to i tamto też i możemy sobie kupić kartę na autobus za 30 rmb oraz objechać cały Shanghaj”.
Było całkiem fajnie, choć Shanghaj w ogóle nie wywoływał u mnie zachwytu. Kolejne wielkie miasto jakie odwiedziłam. Bardzo nowoczesne, bardzo drogie i bardzo ładnie się migocze w nocy.
Zobaczyłam słynny „The bund”, przeszliśmy się wzdłuż Nanjing Road. Podczas mojego pobytu kłopotliwe było to, że większość atrakcji była już pozamykana z okazji zbliżającego się Nowego Roku. Nie mogliśmy robić nic specjalnego, tylko bujać się z jednego miejsca na miejsce, a przyznać muszę, że bardzo mnie to nużyło.
Następnego dnia postanowiłam sama sobie trochę pojeździć, więc po lunchu udałam się do Xintiandi (taka trochę francuska część miasta). Gdy tam zajechałam, okazało się, że tradycyjnie szału nie ma, tyłka nie urywa, pomarudziłam pod nosem i zadzwoniłam do Nick’a chcą go wyciągnąć na przechadzkę.
Nick choć się wcześniej oferował, że pokaże mi Shanghaj, przewodnikiem był dosyć kiepskim i finalnie to ja jemu mówiłam, gdzie co jest, a nie on mi.
Zabrałam go do 50 Moganshan bardzo hipstersko – artystycznego miejsca, pełnego galerii sztuki, które można było zwiedzać totalnie za darmo. Podobało mi się tam strasznie, bo lubię takie miejscówki. Bardzo przypominało zakątki pofabryczne jak u nas w Łodzi. Chwilami czułam się tam trochę jak w strefie OFF Piotrkowska, za którą bardzo tęsknię.
Pod wieczór zaproponowałam, żeby pojechać jeszcze do Yuelu Garden i po raz kolejny to Nick czuł się jak turysta nie ja, raz po raz powtarzając „That’s so cool!”. Zaraz przy ogrodach były wybudowane sztuczne tradycyjne chińskie budynki z lampionami, pełne straganów z jedzeniem dookoła, których Nick wcześniej w swoim życiu nie widział, a ja milion razy.
Robiło się późno, mi się chciało spać, wróciłam do hostelu i zobaczyłam, że dorzucili mi współlokatorkę. Uprzejmie z nią chwilę porozmawiałam.  Spytała się mnie skąd konkretnie jestem z Polski, bo ona zna polskie mleko „Łowiczankę”, które kupiła na taobao. Parsknęłam śmiechem. To, że polskie mleko jest do dostania normalnie w sklepach jest niczym szczególnie zaskakującym, jednak fakt, że Chinka kupiła je na taobao (takie chińskie allegro, na którym można kupić wszystko od podrabianych marek, po budzenie codzienne i rozmowę z kimś obcym jak się człowiek czuje samotny) wywołał u mnie wielkie zdziwienie. Świat jest mały!
17 lutego Dora przyszła po mnie do hostelu, aby zabrać mnie do rodzinnego domu. Cała ta wyprawa trwała z 1,5h, bo okazało się, że naprawdę mieszka daleko od centrum.
Dora to bardzo skromna i ciężko pracująca dziewczyna. Nie musiałaby tego robić, ponieważ pochodzi z dobrego domu, ale ma wartości, które się ceni. Przykładowo opowiadała, że jej ojciec nie skończył szkoły tylko poszedł do pracy i uważa, że tylko pieniądze mogą zapewnić fajne życie z czym ona się nie zgadzała, ja oczywiście też nie.
Gdy zajechałyśmy do domu, oczom mym ukazało się bardzo ładne mieszkanie, dwupoziomowe. Nieśmiało z pokoju wyszedł jej brat. Dora się zorientowała, że ma nowe rzeczy na sobie, spytała się za ile je kupił, on odpowiedział 3 tysiące rmb, czyli jakieś 1500 zł.
– Nowy Rok się zbliża, a chińskie dzieci właśnie takie są. Rodzice im nie odmówią, tylko dadzą pieniądze na to, co chcą. Bardzo zepsute.
Brat Dory bardzo się ekscytował tym, ile potencjalnie dostanie w tak zwanych:红包, czyli czerwonych zdobionych kopertach, do których rodzina wkłada gotówkę i podarowuje dzieciom z okazji Nowego Roku.
Później w trójkę pojechaliśmy do Qiaqibao, czyli starego dystryktu w Szanghaju. Objedliśmy się ulicznego jedzenia, wszędzie były tłumy, aż nie szło czasami zrobić kroku. Po drodze Dora opowiadała mi jak mieszkała przez rok w Szwajcarii i poznała Sarę. To strasznie przykre, gdy wyjeżdżasz za granicę jak Dora, płacisz grube pieniądze za edukację, wracasz do Chin i nie ma dla ciebie dobrej pracy, za którą jesteś w stanie wyżyć. Choć Dora pracowała w bardzo eleganckiej restauracji jej zarobki były śmiesznie niskie jak na Szanghaj i było mi jej bardzo szkoda.
18 lutego. Chiński Nowy Rok.
Rano Dora wcześnie wstała przygotować lunch, który składał się z owoców morza. Nawet w taki dzień czuć było pośpiech u niej w domu, bo wszyscy musieli iść do pracy.
Po posiłku z Dorą pojechałyśmy do centrum Szanghaju, ona musiała wrócić do swoich obowiązków, a wieczorem kazała mi przyjść do restauracji, żeby na nią poczekać.
Trochę już miałam dość Shanghaju. Może czułam już fatygę podróżniczą, co chwila zmieniając miejsce pobytu, a może po prostu to miasto nie było dla mnie.
Kolejny cały dzień spędziłam z Nickiem nie robiąc niczego szczególnego poza gadaniem o sztuce, a gdy nadszedł wieczór zebrałam się w sobie i pojechałam do Dory.
Na górze jak zwykle był tłum ludzi. Dora była bardzo zajęta, więc ja po cichu w kąciku sobie usiadłam i patrzyłam na towarzystwo. Dora po raz kolejny powiedziała, że później gdy zwolni się miejsce przy oknie mogę iść tam usiąść i czekać na fajerwerki.
W pewnym momencie Dora zniknęła, bo musiała pójść na moment na inne piętro, zwolniło się miejsce widokowe, więc poszłam się przesiąść.
Wyhaczył mnie menadżer restauracji, podszedł do mnie (już wiedziałam po co) i powiedział:
– Co chcesz zamówić?
Postanowiłam grać na zwłokę.
– Czekam na kogoś.
A on dalej:
– Ale już długo czekasz.
– Czekam, na kogoś kto tu pracuje.
Zirytował się.
– Zamów coś. – palnął wprost.
Nie chcąc robić kłopotu Dorze zdecydowałam się na kubek herbaty. Bardzo okazyjna cena. Tylko 40 zł za 250 ml.
Piłam jak złoto.
Gdy nadeszła północ miałam najcudowniejszy widok na świecie. Widziałam cały Szanghai wypełniony fajerwerkami. I uśmiechałam się od ucha do ucha.
Tak powitałam Rok Kozy.
Mój Chiński Nowy Rok.
Lujiazui

 

shanghaj lujiazui

 

shanghaj pudong

 

Shanghai

 

 

 

Shanghai French

 

Shanghai 50 Moganshan

 

50 moganshan

 

 

 

 

 

 

shanghaj the bund

 

Szanghaj The Bund

 

 

shanghai pudong the bound
shanghai pudong park hyatt

 

Nowy Rok Shanghaj

Zapisz

Podobne Wpisy

4 Komentarze

  1. Kasia mówi

    Czytając o windzie pokazał mi się obrazek faktycznie komiczny. Odnośnie wielkich metropolii, to jakoś za nimi nie gonię, poza paroma wyjątkami. Najładniej jednak Szanghaj wygląda nocą. 🙂

  2. Angelika i Monika (Candy Pandas) mówi

    W ogóle szacun, że się we wszystkim odnalazłaś i dojechałaś na wyznaczone miejsce 😛 My byśmy zginęły w tym wielkim mieście jak dwie małe pandy w bambusowym buszu 😀
    40zł za herbatę?? Powiedz, że chociaż bardzo dobra była 😀

    1. Daria mówi

      a skąd! smakowała jak najtańsza z Biedronki 😀

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.