Chaos. Przystanek Xian, prowincja Shaanxi

Mijał siódmy tydzień mojej tułaczki.
Nigdy wcześniej nie zdarzało mi się spędzać w podróży tyle czasu.
Inaczej jest, gdy wyjeżdża się w do jednego kraju na miesiąc. Inaczej z kolei, kiedy w krótkim czasie pokonuje się kilkunastotysięczne dystanse.
Z każdym kolejnym „zaliczonym” na mojej mapie miejscu, odczuwałam większą ulgę. Schodziła ze mnie presja, że coś się może nie udać.
Choć dopadło mnie zmęczenie, cieszyłam się na wyjazd z Pekinu do Xianu.  Oznaczało to, że niedługo wrócę do Chengdu i dałam ze wszystkim radę.
24 lutego po 5.00 rano Lin Lin zadzwonił po prywatną taksówkę, żeby mnie zabrała na lotnisko. Trochę się denerwowałam, ponieważ czekał na mnie w Xianie nowy host, który chyba bardziej się obawiał ode mnie. On nigdy przede mną nikogo wcześniej nie nocował.
Po raz pierwszy Hamayun (mój host) napisał do mnie jeszcze przed moim wyjazdem w styczniu, zapraszając do Xianu. Dobrze nam się rozmawiało, prawie jakbyśmy się znali całe życie. Jestem człowiekiem bardzo ufnym, w takim sensie, że moje wewnętrzne sensory nigdy nie zawodzą , kiedy należy dać nogę, a kiedy poddać się temu co będzie, nie miałam żadnych wątpliwości co do mojego bezpieczeństwa.
Nie podkreślałam tego przy żadnej z rodzin, które gościły mnie wcześniej.
Tym razem jest inaczej.
Otóż mój host Hamayun pochodził z Pakistanu i chyba jak każdy Europejczyk miałam na początku swego rodzaju obawy, bo gość z Bliskiego Wschodu, islam itp.
Człowiek przecież najbardziej boi się tego, czego nie zna.
Ja miałam swoje zagwozdki jak to będzie. Bo media. Bo szkoła. Bo tyle się słyszy.
Gdzie była w tym wszystkim istota samego bycia jakim się jest, a nie skąd się jest?
Chciałam sprawdzić.
I poleciałam.
Po wylądowaniu w Xianie, nerwowo czekałam na bagaż, zastanawiając się, kto jest na zewnątrz.
Wyszłam z części bagażowej.
Rozejrzałam się.
Zobaczyłam chłopaka, który był jakby schowany w sobie, wyraźnie zmęczony, sprawiającego wrażenie jakby coś w nim zgasło.
Uśmiechnęłam się z daleka i mnie poznał.
Podeszłam, patrzył się na mnie niepewnie, a ja się zaczęłam zastanawiać czy na pewno nie jest dużo starszy niż mówił. Jak na kogoś, kto ma 23 lata, miał strasznie pooraną twarz zmarszczkami.
Wziął mnie do prywatnej taksówki i pojechaliśmy do jego mieszkania.
W międzyczasie pogadałam z taksówkarzem, który powiedział, że jak nie pojadę zobaczyć Armii Terakotowej będę żałować, ale jak pojadę to też będę.
Strasznie mnie to rozbawiło.
Podróż z lotniska zajęła nam dobrą godzinę. Gdy weszliśmy do mieszkania, zobaczyłam, że warunki są w nim bardzo skromne, studenckie. Okazało się, że prócz Hamayuna mieszka tam również dwóch innych Pakistańczyków.
Wszyscy studiowali medycynę, a wynajęli to mieszkanie tylko dlatego, że jest na przeciwko szpitala i Uniwersytetu.
Hamayun wyraźnie spłoszony tym, że nie istnieję tylko w Internecie, poleciał zaraz mi zrobić herbatę z mlekiem, którą w Chinach bardzo lubię.
Ja się porozglądałam.
Wszędzie były notatki medyczne i toboły książek.
Wrócił do mnie po chwili z herbatą, usiadł zdenerwowany i się nie odzywał.
– Czy ty się mnie boisz?
Usłyszałam wymijające yyyy.
– Czemu masz czerwone oczy, źle spałeś? – pytam dalej
– W ogóle nie spałem, bo myślałem o tym, że przyjeżdżasz.
Wpadła mi w ręce jego legitymacja studencka.
23 lata. Faktycznie. Tylko, że na zdjęciu była ładna, młoda twarz.
– Poważnie wyglądasz. -kontynuowałam
Nagle się ożywił.
– Nauka na naszym Uniwersytecie jest bardzo stresująca. Niektórzy moi koledzy już zaczynają siwieć, presja przekłada się na to jak wyglądam.
– Dlaczego wybrałeś medycynę?
– Do Chin wysłano mnie zaraz po szkole średniej. Myślałem, że to bardzo dobry zawód, ponieważ w Pakistanie lekarze mają duże poważanie.  Nie zwracałem wtedy uwagi na jedną rzecz, wszyscy lekarze byli łysi i wyglądali staro.
Trochę mi się go zrobiło szkoda.
Mieliśmy już wyjść na miasto najpierw naprawić mój zepsuty aparat, gdy nagle spojrzał mi się na dłonie:
– Co ci się stało?
Były czerwone i pojawił się nich obrzęk. Tak samo jak stopy z resztą.
– Jakby to ująć… zmarzłam na Wielkim Murze.
– Masz odmrożenie.
Już chciał coś działać, ale powiedziałam mu tylko, że na odmrożenie się nie umiera i chcę zobaczyć miasto.
Najpierw pojechaliśmy przywrócić mój aparat do stanu używalności, co było dosyć ciekawym doświadczeniem z punktu widzenia targowania się o cenę. W Chinach jestem przyzwyczajona, że nigdy nie dostaję adekwatnej ceny do usterki, a nierzadko sto procent wyższą, bo nie jestem swoja. Ciężko to stargować, bo oni wiedzą, że jesteś w potrzebie. Tak było tym razem. Gdy weszliśmy do sklepu od razu śpiewali nam ceny powyżej 150 zł, ale Hamayun kazał mi się nie odzywać i stwierdził, że sam to wytarguje. Podszedł do jednego Chińczyka, który oczywiście wołał absurdalną kwotę. Hamayun puścił mu tekst, że jest lekarzem i przecież da mu swój numer telefonu, żeby tamten mógł się z nim  skontaktować w razie problemów, bo są (od 5 min ) przyjaciółmi. Chińczyk wziął zachętę i dał cenę ponad połowę niższą. Ja już chciałam beztrosko wyjść na zewnątrz i upolować jedzenie, ale Hamayun mnie zatrzymał. Powiedział,  że mam siedzieć i czekać, aż mi zrobi aparat i patrzeć mu się na ręce, inaczej podmieni części i zepsuje się aparat po tygodniu lub dwóch.
Uznałam to za sensowną uwagę i poczekałam.
Gdy wreszcie Chińczyk skończył naprawiać (oczywiście nie uzyskawszy numeru Hamayuna), mogłam ze spokojnym duchem zwiedzać miasto.
Chociaż nie miałam wielkich oczekiwań, Xian bardzo mi się podobał.
Bardzo tradycyjne, z nutką historii w powietrzu i miało w sobie to coś.
Przemieszczaliśmy się w biegu, chcąc zobaczyć jak najwięcej. Hamayun robił mi dużo zdjęć, zaczął czuć się stopniowo coraz bardziej swobodnie, chyba stwierdzając, że nie gryzę. Zabrał mnie w okolice Pagody Dzikich Gęsi. Później pokręciliśmy się koło Wieży Bębna i pojechaliśmy jeść na słynne Zhong Lu, zakamarek targowy z całym mnóstwem przysmaków muzułmańskich. Cała ulica pachniała jedzeniem. Można tam było dostać prawie wszystko.
– Chodź, zobaczysz Wielki Meczet. Wejdziesz za darmo.
Pokiwałam głową i poszłam za nim.
Przed wejściem siedziało dwóch muzułmańskich Chińczyków. Zanim mnie dostrzegli, przykryłam głowę kapturem, zasłoniłam twarz szalikiem i patrzyłam się w ziemię.
– Jestem muzułmaninem.
– Ale ona chyba nie.  – powiedział Chińczyk
Nadal patrzyłam w dół.
– Ona też. – powiedział Hamayun i pchnął mnie, żebym szła przed siebie.
Po chwili byłam w środku meczetu, stąpając boso po dywanie, a Hamayun mi tłumaczył, co wszystko oznacza. Całe ściany były wpisane w Koranie. Ciekawie to wyglądało.
Robiło się późno, oboje zrobiliśmy się głodni, więc wróciliśmy do mieszkania.
Hamayun ugotował kolację, podgrzał placki Nan i zawołał współlokatorów.
Jeden nie chciał wyjść z pokoju, bo wiedział, że jestem.
– On tak ma, strasznie się wstydzi. Jak przychodzą do nas koleżanki, boi się im nawet cześć powiedzieć. – komentował Hamayun.
Ruszyłam tyłek od stołu i zapukałam do pokoju.
Nie spodziewał się, że wejdę.
– Cześć – przywitałam się. Nawet na mnie nie spojrzał.
Usiadłam na łóżku.
– Czemu nie idziesz? Jedzenie stygnie, wszystko zjemy, będziesz głodny. – mówię dalej
Zero reakcji.
W takich chwilach warto zostawić człowieka w spokoju, żeby sobie przemyślał sprawę, więc wyszłam.
Po chwili wyszedł za mną, uśmiechnął się i zaczął rozmawiać.
Chłopakom opadła szczęka.
Zaczęliśmy jeść. Było to niesamowicie ciekawe i zabawne dla mnie zarazem, ponieważ w u Pakistańczyków na próżno szukać sztućców przy posiłku. Jedzą palcami.
Doszliśmy razem do wniosku, że gość w dom, Bóg w dom to jednak międzynarodowy zwyczaj. A ja czułam się z nimi jak u siebie.
Po kolacji Hamayun zabrał mnie spacer po Xianie, który był po prostu piękny o zmroku. Pochodziliśmy po ogrodach cesarskich i przeszłam się po Murze Miasta (nie wiem jak dokładnie odzwierciedlić odpowiednik City Wall).
– Jutro rano pojedziemy zobaczyć Armię Terakotową. Mieszkam tutaj od czterech lat, ale nigdy tam nie byłem, wszyscy się pytają jak to jest możliwie. – komentował Hamayun.
Wróciliśmy do mieszkania, wzięłam prysznic, później gdy Hamayun majstrował coś w kuchni, zaczęłam rozkładać swój kocyk z akademika na podłodze, szykując się do spania. Przyszedł do pokoju, wygonił mnie z tej podłogi, rozejrzałam się wzrokiem o nazwie no to, gdzie mam spać, pokazał swoje łóżko, a sam się na tej nieszczęsnej podłodze położył.
Tak mi się chyba jeszcze nie zdarzyło, że host oddał mi miejsce do spania, żeby było mi wygodnie. Było mi na tyle bezpiecznie i dobrze, że zasnęłam od razu.
Obudził mnie dnia następnego koło godziny 9.00, mówiąc, że musimy wyjść za pół godziny, aby zdążyć ze wszystkim, a śniadaniem zajmiemy się na mieście.
Ciągle z twarzą śpiącej królewny, jakoś się ogarnęłam i wyszliśmy.
Pojechaliśmy na dworzec kolejowy, spod którego co chwila odjeżdża jakiś autobus do Terakoty.
Dotarcie na miejsce zajęło nam ok. godziny, ponieważ po drodze były okropne korki. Na szczęście dzień był słoneczny, więc jakby w sam raz na przejażdżkę i zwiedzanie.
Gdy pojawiliśmy się na miejscu Hamayun pognał kupić nam bilety, przy okazji nie chcąc ode mnie ani grosza, mówiąc, że nie jestem dla niego couchsurferem, a przyjacielem i nie ma sprawy.
Armia Terakotowa znajdowała się w grobowcu pierwszego Cesarza Chin.
Po pogrzebie Cesarza część posągów przeniesiono do innych pomieszczeń, które z czasem się zawaliły i dopiero w latach siedemdziesiątych trzech chłopów znalazło te figury przypadkiem podczas kopania studni.
Weszliśmy do pomieszczeń z Armią.
Tłum ludzi.
Nie zdążyłam się dobrze przyjrzeć posągom, a już w głowie pojawiła mi się myśl, że szału nie ma.
Posągi jak posągi.
Stoją? Stoją.
Rozumiałam, że mają wartość historyczną i pierwotnie miały na celu strzec Cesarza w jego życiu pozagrobowym, ale zaraz potem przypomniało mi się, co powiedział taksówkarz po moim przyjeździe do Xianu na ten temat.
Hamayun tylko chodził dookoła i ziewał.
Po godzinie czasu nie mieliśmy co robić i wróciliśmy się do miasta.
Pokręciliśmy się po świątyniach, zrobiliśmy zakupy na moje nadchodzące 16h w pociągu do Chengdu i trzeba było wziąć taksówkę do mieszkania.
Ostatnią noc w Xianie przegadałam z Hamayunem do rana, żeby później spać w pociągu. Zeszło na tematy polityczne i sprawy wewnętrzne Pakistanu, czym skwitował krótko: ,,Obecnie nie mamy armii tylko przy granicy z Chinami. Z Indiami relacje od lat są napięte, chociażby ze względu na Kaszmir, a najwięcej wojsk jest położonych przy granicy z Afganistanem. Stany Zjednoczone chciały naszej pomocy, przez co teraz w kraju panuje chaos. Co chwila napływają terroryści z Afganistanu, a rząd dokłada starań, by ich zabić. To nie nasza wojna, a najbardziej na tym tracimy. Ludzie jedyne czego chcą to spokoju.”
Wybiła 5 rano.
Pojechaliśmy na dworzec. Chwilę poczekaliśmy na pociąg, a gdy przyszedł czas mojej odprawy, zgasił się w sobie i powiedział „wrócisz, prawda?”, a ja się uśmiechnęłam i poszłam.
Wracałam do domu.
**********************
Do Xianu wróciłam po lekko ponad miesiącu.
I to była bardzo dobra decyzja.
Nowa przyjaźń na całe życie.
**********************
Xian to było ostatnie miasto jakie zwiedziłam podczas mojej zimowej podróży.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że mam dar do zjednywania sobie ludzi i tworzeniu domu, tam gdzie się pojawię.
Nie ma dla mnie takiego miejsca na ziemi, w którym nie mogłabym mieszkać.
Nie istnieje również rzecz, której nie będę w stanie załatwić.
Ani się nie zgubię.
Nie jest to kwestia komórki z gps, bo go wcale nie używam.
Mapę mam w głowie i zawsze wiem, gdzie mam iść.
Jak nie wiem, zawsze znajdzie się ktoś, kto poda mi rękę.
I tak się działo w każdym miejscu, w którym się zjawiłam
Chiny pomimo całej swojej dziwaczności i absurdu, potrafią mnie do siebie przytulić.
Czuję się jak u siebie.
Bo Azja to chaos.
A chaos to ja.
I na początku był chaos.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.