Zwiałam z Muru. Przystanek Pekin

Pociąg z Shanghaju do Pekinu planowo miał odjechać o godzinie 10.00, Dora powiedziała, że nie musimy się spieszyć, bo jej tata postanowił podrzucić mnie na dworzec.
Wcale mi nie było szkoda, że miałam opuścić Shanghaj, bo wynudziłam się w nim solidnie. Wszyscy dookoła mówili, że Pekin choć zupełnie różny, ma więcej do zaoferowania.
Wprost nie mogłam się doczekać, kiedy dotrę do stolicy.
Jednak ciągle coś od rana mi nie grało.
Był 19 lutego, Nowy Rok.
Myślałam, że na dworcach w tym dniu raczej panują pustki. Chińczycy powinni siedzieć, jeść, oglądać telewizję i generalnie nie ruszać się nigdzie z tyłkami.
Ulice miały być ciche i spokojne.
Nawet tak się wydawało na pierwszy rzut oka, gdy jechaliśmy samochodem przez miasto, ale coś wisiało w powietrzu.
Dotarliśmy na dworzec.
Czarno od ludzi.
Dora zmarszczyła czoło i powiedziała: ” Zupełnie tego nie rozumiem…” ale cóż mogła więcej zrobić. Dopchałam się do swojej bramki, pożegnałam z Dorą i czekałam na mój szybki pociąg 高铁. Trzeba przyznać Chińczykom, że co jak co, ale oznakowanie dworców i sieć kolejową mają super. Tylko totalny kretyn mógłby zbłądzić. Naprawdę nie trzeba znać chińskiego, żeby połapać się gdzie iść.
Dodatkowo nie musiałam brać samolotu z Shanghaju do Pekinu, ponieważ przejażdżka szybkim pociągiem na dystansie ok. 3000tys km trwa mniej więcej 5.5h. Wszystko dzięki prędkości rozwijanej do 300 km/h. Jest wygodnie. Cena też wydaje mi się, że akuratna, bo ok. 250 zł.  Nie to co nasze polskie Pendolino Srendolino.
Mniejsza z tym.
Przejazd upłynął mi niesamowicie szybko. W Pekinie czekać miał na mnie Chińczyk o zachodnim imieniu Daniel, o którym nie wiedziałam nic, prócz tego, że miał mnie zabrać z dworca do mieszkania mojego hosta. Tak sobie, od czasu do czasu z nim pisałam, żeby o mnie nie zapomniał dostosowując język jak do kolegi. Nie wpadłam na to by zapytać wprost,  ile ty masz lat człowieku.
Gdy dojechałam zadzwonił do mnie, że czeka i ma czarną czapkę na głowie.
Wyszłam, rozglądam się. Zobaczyłam człowieka z czapką. Machał do mnie, więc pomyślałam, że to raczej on.
Daniel.
Jak się okazało rodowity Pekińczyk, lat 55.
Takie zdziwko.
Poszliśmy do samochodu, po drodze przepraszał, że nie oprowadzi mnie po Pekinie, ale rozchorowała mu się matka i musi się nią zaopiekować.
Gdy jechaliśmy do mieszkania mojego hosta przeegzaminował mój chiński, mówiąc, że jest całkiem niezły, ALE tony ciągle mam z lekka (bądźmy szczerzy) do dupy. On to rozumiał, bo nie uczę się chińskiego w Pekinie, a w Chengdu, gdzie mandaryński mają dosyć słaby.
Patrzyłam się przez okna samochodu, jak wygląda miasto, ale wyłaniał mi się bardzo bury obraz. Szary, brzydki, brudny Pekin. Z zanieczyszczeniem na poziomie ok. 800 i ludźmi bez masek, bo się wszyscy przyzwyczaili do powietrza.
Przykre.
Zajechaliśmy do mieszkania, znajdującego się niedaleko Agriculture Exhibition Centre, więc lokalizacja bardzo korzystna, biorąc pod uwagę jak wielkość Pekinu. Trzeba mieć świadomość, że Pekin to nie tyle miasto, co po prostu wielkie bydle, nie do ogarnięcia. I ciągle się rozrasta.
Osiedle, w którym miałam się zatrzymać, sprawiało wrażenie sympatycznego
Pojechaliśmy na 7 piętro, Daniel otworzył drzwi i powiedział: Tu właśnie mieszka Thomas. Zostawiam ci klucze, a sam już muszę się zbierać.
Podziękowałam uprzejmie i zaczęłam eksplorować.
Należy wyjaśnić, że w momencie kiedy szukałam miejsca do pomieszkania w Pekinie napisał do mnie Niemiec Thomas, oferując do dyspozycji swoje lokum pod jego nieobecność. Sam miał zamiar wyjechać z Chin na okres 2 tygodni. Po prostu minęliśmy się.
Nigdy wcześniej go na oczy nie widziałam, ani nie wiedziałam kim on za bardzo jest. Po mailach jakie pisaliśmy ze sobą, było dla mnie oczywiste, że to nie jest jakiś psychol. Mimo że go w mieszkaniu nie było, wcześniej zostawił mi namiary na swoich znajomych w Pekinie, na stole czekała na mnie mapa z oznaczeniami, gdzie się wszystko znajduje, zapas leków, czyste ubrania oraz wszystkie inne niezbędne rzeczy, które miały umilić mój pobyt. Jeden z najlepszych hostów jakich w życiu miałam, choć niewidzialny. W zamian poprosił mnie tylko o pocztówkę z Wietnamu dla siebie i jego dziewczyny.
Tutaj w stolicy historia zatacza koło. To koło ma na imię Kornelia.
Kornelię spotkałam na początku podróży, daleko w Yunnanie, w przepięknym Dali, gdzie tak jak ja była sama. To właśnie ten rodzaj osoby, z którą po kilku zamienionych słowach, masz wrażanie, że znalazłeś dawnego przyjaciela.
Kornelia przebywała w Pekinie na stypendium tak jak ja i uczyła się chińskiego.
Umówiłyśmy się na następny dzień, że pojedziemy razem zobaczyć Tiananmen i Zakazane Miasto, a potem nas posieje dalej po mieście.
Marzył mi się cudowny dzień, w opustoszałym na święta Pekinie, gdzie na spokojnie miałyśmy chodzić i kontemplować.
Jako, że Chiny to chyba jedyny taki kraj, gdzie nie ma się absolutnie kontroli sytuacji nad tym, co się dzieje, wyszło zupełnie odwrotnie.
Zaczęło się od tego, że nagle sypnęło śniegiem. Pragnę podkreślić, że przed moim przyjazdem z relacji Kornelii wynikało, że w Pekinie jest piękna wiosna.
A tu niespodzianka.
Nie pasowało mi też to, że gdy czekałam na Kornelię przy stacji metra, przewijał się koło mnie cały tabun Chińczyków. To absolutnie nie wróżyło nic dobrego. Skąd ci ludzie się zaczęli wyłaniać, nie miałam zielonego pojęcia.
Chińczyk za Chińczykiem, Chińczyk za Chińczykiem, jeszcze wszyscy z parasolkami, cholery szło dostać…
Przybyła Kornelia, udałyśmy się pod Plac Tiananmen, z reguły nie ma wokół niego aż takich tłumów. Można sobie spokojnie zrobić zdjęcie i się rozejrzeć.
To nie był ewidentnie nasz dzień.
Ledwo udało mi się pstryknąć jedną fotę i się prześlizgnąć między tym stadem Azjatów.
To jeszcze nie był koniec atrakcji. Szłyśmy w stronę Zakazanego Miasta, a tam normalne mrowisko Chińczyków.
– Jeszcze się koleżanki Chinki pytałam, kiedy tutaj warto przyjść, a ona na to, że dzisiaj właśnie, bo nie będzie dużo ludzi. – skwitowała Kornelia.
 – Nie no, to są jakieś żarty.- powiedziałam.
I zaczęło się dalej.
Stanie w kolejce po bilet.
Muszę wspomnieć, że Chińczycy mają to do siebie, że pchają się  wszędzie jak ostatnie dzikusy, jakby od tego kto pierwszy dostanie bilet zależało co najmniej ich życie. Cudem nie zostałyśmy zmiażdżone, a gdy przyszło do kupna biletu, dostałyśmy nie takie jak trzeba. Chinka siedząca przy kasie, była nieprzytomna, jakby naćpana i chociaż cztery razy mówiłyśmy, że chcemy studenckie i tak dała normalne. Trzeba było wymienić.
Zwiedzanie Zakazanego Miasta i jego zakamarków przypominało udział w jakieś imprezie masowej. Byłyśmy pchane do przodu przez tłum, prawie jak na fali, wystarczyło machać łapkami i  krzyczeć I love rock and roll!
– Ej, tu chyba przebywał Cesarz! – krzyczy do mnie Kornelia, podskakując między ludźmi, żeby coś zobaczyć.
Po paru próbach udało mi się zrobić w miarę wyraźne zdjęcie. Całe to zamieszanie na terenie Zakazanego Miasta było na tyle absurdalne, że nie robiłyśmy nic innego tylko się śmiałyśmy.
Jednak każdy tłum z czasem męczy, więc po godzinie postanowiłyśmy się ewakuować.
Zrobiłyśmy się głodne, był to czas najwyższy aby znaleźć jakieś miejsce, usiąść i się ugrzać. Kornelia zaproponowała, że możemy pojechać do niej na kampus, bo jest tam mnóstwo różnych knajpek.
Tylko przez te tłumy jakie mijałyśmy na ulicach, zapomniałyśmy o jednym ważnym fakcie.
Jakby na to nie spojrzeć, wciąż trwały święta.
Mimo usilnych prób znalezienia choć jednej małej restauracji, która byłaby otwarta, musiałyśmy się poddać i zafundować sobie na obiad zwykłe ciastka ze spożywczaka. Kornelia miała w zapasie zupki sezamowe, więc to nam wystarczyło, żeby ukoić brzuch.
Tak to w Chinach już jest. Gdy zbliża się 春节, czyli Festiwal Wiosenny nie można się komfortowo przedostać z miejsca na miejsca, ponieważ bilety na pociągi znikają z prędkością światła. Jeszcze jak się jest obcokrajowcem, który nie ma chińskiej rodziny do przytulenia na ten czas, jest się skazanym na jedzenie typu ciastka i zupki instant, bo większość restauracji ma wolne. Teraz jak już przeżyłam to na własnej skórze, wiem, że następnym razem wsiądę w samolot, ucieknę na 10 dni do innego kraju i uniknę całego cyrku.
Kolejne dni w Pekinie mijały w smętnej atmosferze pogodowej. Nie dosyć, że było zimno, to smog również dawał się we znaki. Było to bardzo męczące.
Razem z kolegą Kornelii Chińczykiem pojechaliśmy na Hutongi. I wszędzie ten sam scenariusz. Wieje, zimno i nie chce się nic oprócz ciepłego kubka mleka z kakao.
Pytałam się Lin Lina (tego znajomego Chińczyka) jak najłatwiej dojechać na Mur, ale sam nie wiedział, więc musiałam sobie zaplanować wyprawę po swojemu. Przez moment nawet mnie przekonywał, że powinnam jechać z innymi obcokrajowcami na Mur, ale jak to ja Zosia Samosia, stwierdziłam w duchu: no ja nie pojadę sama?! i go absolutnie nie posłuchałam.
Czytałam opinie w Internecie, że na Wielki Mur należy pojechać wcześnie rano, by jak najkrócej stać w kolejkach.
Wstałam więc po 5 rano, żeby się ogarnąć i zdążyć dojechać na stację autobusową. W Pekinie było słonecznie, ale wiało. Nie zrażałam się jednak i pognałam na metro.
Dostałam się wszędzie bez przeszkód, znalazłam autobus, kosztował mnie 12 kuaiów w jedną stronę, więc śmiesznie tanio, tym bardziej, że wybierałam się ok 70 km poza Pekin na najbliższy odcinek Muru  Badaling.
Oczywiście byłam jedyną białą twarzą wśród gromady Chińczyków, więc wzbudzałam zainteresowanie.
Gdy dojechaliśmy do Badaling, poinstruowano mnie, gdzie iść kupić bilet itp. i nie wyszła z tego jakaś wysoka kwota – mniej więcej ok. 70 zł cały dzień.
Tylko ja jeszcze wtedy nie wiedziałam, że nie spędzę na Murze tyle czasu.
Jak tylko ustawiłam się w kolejce na wyciąg, wiatr się potroił. Zimno przeszywało mnie do kości. Obok mnie stały w kolejce rodziny z małymi dziećmi, które płakały z zimna. Po 15 minutach przestałam czuć swoje palce. I modliłam się tylko, żeby jak najszybciej dostać się na górę i nie stać bezczynnie.
Niestety stałam w tej cholernej kolejce ponad godzinę, myśląc, że trwa to całą wieczność. Gdy wreszcie udało mi się dostać na górę, wiatr się jeszcze bardziej wzmógł, wywracając ludzi, a i mnie sprowadzając do parteru. Nie byłam w stanie zrobić kroku, ponieważ siła z jaką podmuch na mnie napierał była zbyt duża. Na dodatek moje baterie w aparacie szlag trafił z zimna, więc nie zdążyłam zrobić nawet jednego zdjęcia.
Ogarnęła mnie taka bezradność. W ostatniej chwili, zanim telefon też mi padł, ktoś mi zrobił zdjęcie. Ukucnęłam na chwilę, próbując jakoś się uspokoić, postanowiłam nie robić sobie krzywdy i wrócić do Pekinu.
Aby dopełnić jeszcze nieszczęść tego dnia, mój aparat miał styczność z wodą, więc myślałam, że teraz nadaje się tylko do śmieci, a ja  jeszcze ciągle czułam strasznie zawiedziona, bo super atrakcję jaką jest niewątpliwie Wielki Mur spartoliła mi Matka Natura.
Gdy wróciłam do mieszkania włączyłam wszystkie możliwe kaloryfery i grzejniki, próbując złapać trochę ciepła. I po raz pierwszy od dłuższego czasu myślałam, że chciałabym wreszcie wrócić do domu. Do Chengdu.
Kolejnego dnia ogarniałam sprawy związane z mieszkaniem, żeby zostawić je w czystości i pozałatwiać to, o co prosił mnie Thomas. Następnie zamknęłam drzwi i przetransportowałam się do mieszkania Lin Lina, u którego miałam zostać na noc. Okazało się, że ma jakąś kartę bankową, którą może wykorzystywać na zasadzie promocji do darmowego poruszania się prywatnymi taksówkami po Pekinie. Związek ze mną miało to taki, że 24 lutego o 8 rano miałam samolot do Xianu, a Lin Lin był skory zaproponować mi pomóc w zorganizowaniu transportu za darmo, ale musiałam być odebrana spod jego mieszkania.
Czekałam u niego na Kornelię, która celebrowała wydarzenie w Ambasadzie, to jest film „Ida” dostał Oskara i musiała napisać na ten temat recenzję. Gdy wreszcie udało jej się wyrwać, udaliśmy się w stronę Parku Olimpijskiego. Lin Lin miał wielką ochotę pograć w Frisbee. Dla mnie to przypominało zabawę jak dla psa, rzucasz jakiś drążek i łapiesz na aport. Niestety tak prosta gra przekroczyła moje i Kornelii umiejętności sportowe i głupi talerz nas pokonał. Robiło się późno, wszyscy chcieliśmy wrócić do mieszkania.
Tak upłynęło mi kilka dni w Pekinie. W przeszywającym zimnie i rozczarowaniu, że stolica może być aż tak syfiasta. Chociaż myślę, że dam temu miastu szansę jeszcze raz jak zrobi się ciepło. Może następnym razem pójdzie lepiej, a i z Muru tak szybko „nie zwieję.”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.