Parasolki. Wypad do Chongqing

Powrót do Chengdu po kilkutygodniowej nieobecności był jak miód na moje serce.
Choć w akademiku nadal było pusto, bo nowi studenci nie zdążyli jeszcze przyjechać, znowu mogłam poczuć, że jestem u siebie.
Wejście do koreańskiego magazynu, jakim stał się mój pokój na czas przerwy zimowej, wywołał u mnie uśmiech.
Chociaż w mieście panowała paskudna sichuańska zima, nie przeszkadzało mi to. Mogłam się z powrotem przytulić do koca elektrycznego, który zastępował mi ogrzewanie i zjeść pikantne tutejsze jedzenie.
Po przyjeździe wysprzątałam pokój, nie tykając rzeczy mojej współlokatorki. Jednak za każdym razem gdy wchodziłam do niego coś mi tam – delikatnie mówiąc – śmierdziało. W międzyczasie nachodziła mój pokój wspólna akademicka kotka MiMi. Bardzo ładne zwierzę o rubensowskich kształtach, na tyle mylących, że przypominała kotkę w ciąży. Po kilku tygodniach obserwacji, gdy tych kotów jednak nie miała zamiaru urodzić, stwierdziłam, że jest tak zwaną kotką size plus (duży rozmiar). Dałam jej przydomek „fake pregnant cat” (kot, który udaje, że jest w ciąży). Wspomniana MiMi przychodziła pod moje drzwi i miauczała dopóki jej nie wpuściłam. Myślałam, że to ona tak brzydko pachnie, więc ją często wyganiałam. Do czasu, kiedy zagrzebała się w rzeczach mojej Koreanki, pokazując zawiniątko.
Koci detektyw MiMi znalazła mi trupa w pokoju.
Tym trupem okazała się ryba zawinięta w reklamówkę.
Moja współlokatorka zapomniała jej wyrzucić przed wylotem do Korei i tak sobie ten smętny filet leżał przez 8 tygodni między jej rzeczami.
Nie naszły go nawet robale.
Chińska ryba.
Bardziej wytrzymała niż baterie Duracell.
Dlatego też polecam owoce morza jeść faktycznie tam, gdzie to morze jest.
Od zakończenia swej misji Mimi przestała odwiedzać mój pokój.
Tygodnie mijały, zaczęła się szkoła, wylądowałam w klasie poziom wyżej niż ostatnio, czyli takie wyższe średniozaawansowanie. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że rozumiem w całości co tam się dzieje, nie musząc jednocześnie słuchać i sprawdzać słownictwa w słowniku. Choć przez dwa miesiące przerwy nie uczyłam się nic, tyle co przyczepiałam się do różnych Chińczyków w podróży. Pomogło mi to tak bardzo, że wreszcie zaczęłam się wysławiać pełnymi zdaniami zadziwiając siebie samą.
Marzec był dosyć smętny, trzeba było wrócić do wszystkich obowiązków szkolnych na nowo i do pracy. Myślami powoli zaczęłam odpływać, gdzie by znowu na trochę wyskoczyć.
Zaproponowałam Zuzce, mojej koleżance poznanej w Chengdu, że zbliża się 清明节, czyli takie chińskie Święto Zmarłych i można byłoby gdzieś pojechać. Miałyśmy w końcu wolne od szkoły. Radośnie zaczęłyśmy planować, ale przeszło nam, gdy wszyscy Chińczycy jak jeden mąż zaczęli mówić, że co roku o tej porze pada.
Odpadły nam więc wszystkie opcje ładnych krajobrazów i trzeba było gdzieś pojechać w miarę blisko, najlepiej do innego miasta.
Naszym celem stał się Chongqing.
Położony nie tak daleko od Chengdu, szybka kolej dociera tam w 2 godziny.
Wszystko zarezerwowałyśmy i postanowiłyśmy pojechać tam odjeść się najlepszego hot pot’a w Chinach oraz wymoczyć tyłki w basenach termalnych.
Miałam w Chongqing’u ,,znajomego”, którego widziałam przez 10 minut w swoim życiu na lotnisku, gdy przyleciałam do Chin. To widać wystarczyło, żeby wymienić się namiarami na wechat’a (popularny chiński komunikator) i od czasu do czasu pogadać. Miał się z nami spotkać, więc teoretycznie wszystko powinno grać.
Ale nie grało.
I to od samego początku.
Normalnie dojście do metra z akademika, z którego później mogłyśmy się dostać na stację kolejową 成都北站, zajmuje max 15 minut. Tak zagięłyśmy czasoprzestrzeń, że człapałyśmy się dobre przeszło pół godziny, docierając w ostatnim momencie na pociąg i w biegu kupując śniadanie.
Oczywiście pogoda była bardzo kiepska.
Gdy dotarłyśmy do Chongqingu wiedziałyśmy, że wystarczy wsiąść w metro, a później nasz hostel będzie bardzo blisko.
Metro miało być na stacji kolejowej.
Rozglądałyśmy się we wszystkie strony.
Nic.
– Przecież pamiętam, że jak przyleciałam do Chongqingu w sierpniu z lotniska jechałam metrem na stację kolejową… o co tutaj chodzi ? – mamrotałam pod nosem.
Suma summarum musiałyśmy wziąć autobus, który podwiózł nas pod metro.
Jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy, że metro pokocha nas na tyle, by spędzić w nim większość naszego pobytu.
Byłam w trzech największych miastach w Chinach tj. Pekin, Shanghaj, Guangzhou (Kanton) i w żadnym z nich nie miałam wrażenia, że spędzam życie pod ziemią.
Chongqing był inny.
Też cholernie duże miasto z rozbudowaną linią metra. Wszystko od siebie było mega oddalone, co doprowadzało człowieka do szewskiej pasji.
Gdy wysiadłyśmy wreszcie z metra po godzinnej przejażdżce, zaczęłyśmy rozglądać się za hostelem.
Prawo, lewo.
Nie wiadomo było gdzie iść.
W końcu zamachałyśmy łapką na taksówkę, żeby nas zabrała pod same drzwi budynku. Liczyłyśmy, że jest na tyle blisko, żeby zapłacić nie więcej niż 10 – 11RMB, czyli 5-6 zł.
Okazało się, że taksówkarz się zgubił. Poobwoził nas dookoła jakimiś pagórkami, małymi uliczkami, wszystko wyglądało tak samo, aż w końcu zgłupiałam i myślałam, że kręcimy się w kółko.
On też się poddał i zadzwonił do hostelu po wskazówki.
Na odchodne usłyszałyśmy tylko przepraszam, a rachunek wyniósł nas jakieś 30RMB.
Interes życia.
Zaczęło mocno lać na dworze, ale na zasadzie przygoda, przygoda każdej chwili szkoda, ruszyłyśmy na miasto.
Byłyśmy strasznie głodne, a wokół nie było nic, nawet zwykłego seven eleven (odpowiednik np. żabki).
Znowu trzeba było wrócić do metra.
Metro w Chongqingu było na tyle przebiegłe, że miało różne kondygnacje. Wydawało nam się, że już zjeżdżamy do kas biletowych, nagle wyłaniały się kolejne schody jak w Hogwarcie, a nas ogarniał z lekka histeryczny śmiech.
Zuza wpadła na mądry pomysł zapytania babeczki z ochrony, gdzie można pojechać, by coś zjeść. Dzięki temu owa babeczka napisała nam na kartce jak pierwszoklasistkom, gdzie wysiąść i wydała nam bilety.
Chwilowo byłyśmy uratowane. Objadłyśmy się w supermarkecie 冒菜, czyli pikantnego dania, do którego sam człowiek wybiera składniki, następnie są one gotowane w takiej ostrej zupie. Później się gmera pałeczkami w misce i wyjada z co najlepsze z ryżem.
Jak brzuchy się uspokoiły, postanowiłyśmy się wybrać do Ciqikou, czyli takiego „starego miasta” w Chongqingu. Na co dzień jest ta bardzo przyjemnie. Jest położone przy rzece, ma dużo sklepików z lokalnymi produktami.
Oznaczało to kolejną przeprawę metrem, które wychodziło nam już nosem.
Gdy tylko wyszłyśmy z podziemnych czeluści, deszcz się jeszcze bardziej wzmógł, a mnie powoli trafiała jasna cholera.
Chińczycy mieli to swoje 清明节 i na dobrą sprawę powinni siedzieć w domu.  Nawet jeżeli nie względu na to święto, to chociażby na to, że padało.  Niestety wszyscy wyszli na zewnątrz jak glisty po deszczu.
Nie wkurzałoby mnie to, gdyby nie fakt nietrafionej pogody i tysięcy ludzi z parasolkami w małych uliczkach, gdzie każdy na siebie nachodził.
W pewnym momencie odkryłam, że jedyną skuteczną taktyką, by skutecznie się między nimi poruszać, było walenie ich moją własną parasolką w ich parasolki.
Trzeba wiedzieć, że w Chinach sezon na parasolki trwa cały rok.
Normalny Europejczyk jest przyzwyczajony, że używa jej przede wszystkim gdy pada. W dni słoneczne rozstawia się u nas tylko ogromne parasole, żeby usiąść w ogródkach bądź na plaży.
A Chińczycy nie.
Świątek, piątek czy niedziela parasolka zawsze spoko.
Mają nawet kilka rodzajów.
Jedne służą jako osłony od deszczu, jedne od śniegu, a jeszcze inne od słońca.
Może w dni powszednie nie przeszkadza to aż w takim stopniu. Gdy idzie się w miejsce turystyczne jak np. Wielki Mur, gdzie nagle sznur Chińczyków ma nad sobą parasolki, a biedny biały człowiek spoza tych ich parasolek nie widzi nic, można dostać szału.
W takich chwilach odnajduję w sobie w Chinach pierwiastek mordercy.
Mój ,,znajomy” z Chongqingu koło 16.00 znalazł dla nas czas, więc znowu trzeba było wsiąść w metro i się przedostać w inną dzielnicę.
Wybraliśmy się wszyscy na hot pot’a, który miał być taki super, ale wyszło jak zwykle.
Wolę wersję z Chengdu.
Stwierdziłyśmy z Zuzą, że nie mamy żadnego zdjęcia wspólnego, więc chciałyśmy sobie jedno machnąć. Wyszłam na nim tak spuchnięta jakbym całe życie się kąpała w glutaminianie sodu. Było to nieważne, ponieważ rozbawił mnie jeden Chińczyk, który też chciał nasze zdjęcie i był namolny . Mój „znajomy” z typowo polskim akcentem palnął mu po chińsku: 你可以别打扰吗? ,co w wolnym tłumaczeniu powinno oznaczać: możesz łaskawie nie przeszkadzać?!
Żebyśmy sobie wszyscy mogli ukoić nerwy po kolacji pojechaliśmy na gorące źródła.
Było o tyle zabawnie, że gdy taksówka podwiozła nas pod miejsce, wybiegł człowieczek z budynku i otworzył nam drzwi od taksy.  Usłyszałam komentarz „znajomego” za sobą: A co my do Sheratona przyjechaliśmy?
Weszliśmy do środa i było bardzo ładnie, jednak oczywiście nie mogło pójść zbyt gładko. Jak chcieliśmy kupić wejściówkę, poinformowano nas, że skoro jest święto to bilety na termy zostały podwyższone.
Cały czas przypominam, że było to Święto Zmarłych.
Mimo wszystko termy były super. Bardzo się zrelaksowaliśmy. Mieli tam ogromny kompleks różnych basenów od jakiś zwykłych po takie, które teoretycznie oczyszczały wątrobę, leczyły z depresji, tworzyły ciało fit. Albo takie już bardziej normalne jak zielona herbata, czerwone wino, grejpfrut, pomarańcza itp.
Słowem bardzo przyjemne zakończenie wieczoru.
Następnego dnia rano miałyśmy z Zuzką pociąg do Chengdu. Wyszłyśmy o czasie, spędziłyśmy kolejną godzinę w metrze i nic nie wskazywało na to, że coś się nie powiedzie.
Stałyśmy sobie w kolejce na stacji do sprawdzenia biletów i paszportów, na co kontrolerki, że sorry, ale nasz pociąg stąd nie odjeżdża tylko jakieś podstacji tej stacji i trzeba się było fatygować na autobus.
Wyjaśniło się zatem, dlaczego nie mogłyśmy znaleźć metra gdy zajechałyśmy z Chengdu do Chongqingu. Wtedy też wylądowałyśmy na ,,tym czymś”, choć bilet wskazywał co innego. Przynajmniej nie wyszło na to, że jesteśmy idiotkami, tylko ten dworzec w Chongqing był nienormalny.
Pociąg odjechał bez nas.
Musiałyśmy zmienić bilety, ale że większość kursów była wyprzedana mogłyśmy wziąć pociąg powrotny ok. 19, czyli po jakiś 7 -8h czekania.
Trzeba było jechać z powrotem na metro i gdzieś odczekać swoje.
Kolejna godzina pod ziemią.
TADA. FANFARY.
Zajechałyśmy do centrum, kolega zaprowadził nas do restauracji z kanapami do wypoczynku i Starbucksem na dole. Zaopatrzone w kubki kawy i ciastka czekoladowe, rozłożyłyśmy się i zaczęłyśmy się uczyć do egzaminu językowego.
To były najbardziej produktywne godziny w moim życiu.
Wieczorem po raz ostatni skorzystałyśmy z usług Chongqingskiego metra i mogłyśmy bezpiecznie wrócić na stację.
Tym sposobem po raz pierwszy dokładnie zwiedziłam miasto.
Od środka.

Podobne Wpisy

1 Komentarz

  1. Zuzka mówi

    Po Chongqingu mam lęk przed metrem 😀

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.