Zielono mi. Tagong, Sichuan

Ja i Zofia obudziłyśmy się rano, spakowałyśmy w spokoju i poszłyśmy na śniadanie.
Przy recepcji czekała już nasza zaprzyjaźniono polsko – niemiecka para, która razem z nami miała pojechać do Tagong, miejsca oddalonego od Kangding o około 100 km.
Uregulowałyśmy co miałyśmy do uregulowania, zabrałyśmy plecaki i poszłyśmy na zewnątrz, gdzie czekał już na nas Tybetańczyk z samochodem.
Jechaliśmy stosunkowo szybko, mnie opanowała kompletna znieczulica i patrzyłam sobie przez okno bez większych emocji na góry dookoła. Nasi nowi znajomi byli lekko przerażeni jazdą kierowcy, próbując dać mu do zrozumienia, że przecież mamy czas i nam się wcale nie spieszy.
Z Chińczykami jeździłam bardzo często czy to samochodem, czy motorem, w samochodzie zawsze bez zapiętych pasów. Raz nam nauczycielka powiedziała na zajęciach, że zapięcie pasów to swego rodzaju wyraz zniewagi dla kierowcy. W zasadzie – pomijając logiczne względy bezpieczeństwa – zawsze czułam się bardzo bezpiecznie w taksówkach, które robiły manewry w cały świat. Wmawiałam sobie,że tutejsi kierowcy naprawdę mają wprawę w jeżdżeniu i wiedzą co robią.
Podróż do Tagong zajęła nam dwie godziny. Okazało się, że to malutka tybetańska mieścina.
Mieliśmy umówiony nocleg przez nasz poprzedni hostel u Tybetańczyków w domu.
Dom był urządzony tradycyjnie, absolutnie piękny i kolorowy.
Niedaleko naszych gospodarzy był inny hostel z restauracją, więc postanowiliśmy tam wejść i coś zjeść.
Weszliśmy po schodach. w progu stał chłopak, ubrany prawie jak nasz góral z Tatr, któremu tylko brakowało ciupagi. Po akcencie dało się wyczuć, że to Słowianin. Miał z resztą bardzo naszą urodę.
Od słowa do słowa okazało się, że to Czech, który wyniósł się do Tybetu, czyli gdzieś na koniec świata, kupił hostel i tam mieszka. Nie muszę chyba dodawać, że Zofia była zachwycona, bo mogła sobie porozmawiać swobodnie, a i on wydawał się zadowolony, że spotkał sąsiadów.
Zamówiliśmy sobie wszyscy tybetańskie pierogi – momos. Wyglądały solidnie, miały nadzienie z mięsa yaka, ziemniaków i tybetańskiego sera. Znajomy Niemiec wziął sobie do tego tybetańską herbatę, po czym nie był w stanie jej wypić, gdyż jest serwowana z masłem i tłustym mlekiem, o lekko słonawym posmaku.
Zofii się tam bardzo podobało, była cisza i spokój, oczywiście brak Internetu, supermarketów i innych dóbr. Tylko miejscowi ludzie z niezbyt przyjaznymi pieskami. Zofia ciągle mówiła, że mogłaby sobie tam mieszkać. Ja lubię cały ten zamęt wielkomiejski, jakieś nieustanne zwroty akcji i ciekawe historie, wiedziałam, że po dwóch dniach patrzenia się na zielone wzgórza, znudzę się i zapragnę wrócić do jakiejś puszczy.
Czech był na tyle miły, że postanowił zabrać nas na spacer po górach, tak aby się nie forsować, a sobie odpocząć i podziwiać widoki. Gdy weszliśmy na jeden ze szczytów, rozsiedliśmy się na trawie i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim dookoła. Czech nam powiedział, że Amerykanin, u którego w hostelu zatrzymaliśmy się wcześniej w Kangding, tak naprawdę jest misjonarzem i prowadzi biznes dla przykrywki. Dodatkowo celowo wysyła ludzi do Tybetanki, u której my się zatrzymaliśmy w Tagong, żeby Czech nie miał za dużego zarobku. To co powiedział, wkurzyło mnie bardzo. To było jawne bazowanie na naiwności turystów. Dlatego też nie znoszę zostawać w hostelach, tylko u zwykłych ludzi w domach. Tym razem podróżowałam z Zofią, wiec kompletnie to nie wchodziło w grę.
Czech zaczął nam opowiadać o życiu miejscowych ludzi i otaczających nas wsiach. Trochę tam było dziko, panowała zasada oko za oko, ząb za ząb. Mówił, że raz jakiś mnich zaatakował kogoś z sąsiedniej wsi nożem, co oczywiście skończyło się zabójstwem. Mnich wiedział, że nie ujdzie mu to na sucho, więc rozebrał się z szat i gdy szedł drogą, nadjechali ludzie ze wsi na koniach i go poćwiartowali nożami. Raz jedna wieś z drugą kłóciła się o pola, więc jedna chcąc drugiej zrobić na złość, odcięła sąsiadom wodę.
Wieczorem, gdy wróciliśmy do Czecha do hostelu powiedział, że ma na kolacje sznycle. Na posiłek trzeba było czekać stosunkowo długo, ale takie już uroki mieszkania w górach. Kiedy w przepisie jest napisane, że marchewkę należy gotować przez 20 minut, w praktyce okazuje się, że w górach ten proces zajmuje nawet godzinę. I chyba nie muszę dodawać, jaką miałam zadowoloną minę gdy po 11 miesiącach, ktoś zaserwował mi schabowego z ziemniakami i surówką. Prawie jak w domu!
Wieczór zszedł nam na beztroskich rozmowach, oglądaniu czeskich gazet, śmianiu się z pustej butelki po Beherowce i planowaniu szlaku wędrówki na drugi dzień.
Następnego dnia po zimnej nocy wyruszyliśmy na spokojnie powspinać się po górach. Musieliśmy uważać na miejscowe psy, które lubiły gryźć przyjezdnych. Mijali nas Tybetańczycy na koniach i ci bardziej nowocześni na małych motorach. Wszystko było bardzo spokojne, zielone góry jakby ciągle spały, a młode yaki wesoło biegały po pastwiskach. Trochę mieliśmy wszyscy problemy z oddechem, ale to nie przeszkadzało, każdy chciał się trochę wyciszyć psychicznie. Widzieliśmy co jakiś czas czarne namioty nomadów z ich pastwiskami, ale baliśmy się do nich podejść ze względu na ujadające psy. Udało nam się wbić na jakąś Tybetańską imprezę, gdzie dzieci wesoło tańczyły w kółku, a mnisi bawili się swoimi iphonami. Zahaczyliśmy nawet o jedną wioskę, w której były praktycznie same kobiety mniszki, wesołe i rumiane. Posiedzieliśmy u nich chwilę, chcąc odpocząć odrobinę po marszu, a potem zebraliśmy się w sobie i wróciliśmy do Czecha.
Mogliśmy się polenić w słońcu na tarasie, pić piwo i delektować się czystym powietrzem. Czech przyniósł nam talerz kiszonej kapusty z kminkiem, którą zrobił sam. Później poinstruował nas jak możemy jutro wrócić do Chengdu i tak minął nam ostatni dzień.
Nazajutrz przed 7 rano wszyłyśmy z Zofią zwarte i gotowe na miasto, Kupiłyśmy dwa opakowania naszego magicznego, niezdrowego dania tj. ryż instant (taki który miał wodę i wkład, który doprowadzał ją do wrzenia w zestawie, żeby się uparował) z jakimś mającym tysiąc lat sosem. Gdy nadjechał nasz „autobus” do Kangding wiedziałam, że znowu to będzie trudny dzień. Musiałyśmy się wepchnąć między stado Tybetańczyków, jakiś mnich trzymał na kolanach mój podręczny plecak, a stara Tybetanka odprawiała modły, kręcąc kółkiem. Skulone jechałyśmy na stojąco do Kangding ok. 3 godzin. Ale trzymała mnie myśl, że szybko złapiemy autobus do Chengdu i niedługo wrócimy do siebie. I na szczęście nie pomyliłam się.
Po 13h podróży, wieczorem, powitane ferią barw i przyjemnym ciepłem wylądowałyśmy w Chengdu. I po raz kolejny poczułam, że wróciłam do siebie.

 

tagong syczuan

 

 

 

 

 

tagong grassland sichuan

 

 

 

 

tagong syczuan tybetańczycy

 

 

 

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.