Wiejskie szkoły w Chinach. Bazhong, Sichuan

Opowiem Wam dzisiaj, jak funkcjonują szkoły na obszarach wiejskich w Chinach. Doświadczyłam tego wcześniej na własnej skórze. Opisałam w poprzednim poście swój pobyt w Ya’anie, dzisiaj natomiast zabieram Was na północ Sichuanu, do miejscowości Bazhong.

Aby dostać się do Bazhongu, ja i grupa wolontariuszy musieliśmy wziąć nocny pociąg. Niewiele osób wie, że podróżowanie nocą, niezależnie czy w grupie czy sama,  strasznie mnie przeraża. Boję się ciemności. Wszystko po zmroku wydaje mi się takie samo,  szybko tracę orientację w terenie.  Nie pomaga mi gadanie do siebie „nie bądź głupia, za kilka godzin będzie znowu jasno”. Nie wspominając o tym, jak bardzo nie znoszę wszelkich dworców kolejowych i terminali samolotowych. Są to miejsca, w których czuję, że mam absolutny brak kontroli nad sytuacją.

Tak było z podróżą do Bazhongu. Chiński dworzec kolejowy nocną porą to mega obrzydliwe miejsce, a przejażdżka w wagonach z różnym przekrojem „człowieków” nie poprawia nastroju. Przypadło mi miejsce „twarde leżące” na samej górze, zaraz obok jakiś pijusów. Reszta grupy miała więcej szczęścia i wszyscy byli blisko siebie. Daniel z Węgier popatrzył się na mnie współczująco, po czym powiedział, że będzie miał mnie na oku, co pozwoliło mi trochę odetchnąć z ulgą.

Po dojechaniu na miejsce czekał na nas bus. Gdy jechaliśmy do szkoły, mrowiło mnie w brzuchu. Miałam przeczucie, że wcale nie będzie lepiej niż w Ya’anie.

Dużo się nie pomyliłam.

Bazhong dopiero dochodził do siebie po gigantycznej powodzi.

Szkoła, do której przyjechaliśmy, była usytuowana po środku niczego. Niedaleko niej znajdowało się kilka małych sklepików. Innych śladów cywilizacji nie było.

Niemniej jednak zostaliśmy przywitani bardzo ciepło przez dyrektora i uczniów. Zapowiadało się w miarę znośnie. Do czasu, gdy zobaczyliśmy swoje miejsca do spania.

Zostaliśmy przydzieleni do małych „akademików”. Trudno to nazwać dormitorium albo noclegownią. Były to bardzo surowe pomieszczenia, ciasne, z robactwem i dziurami w dachach. Musieliśmy się poupychać po 8 osób z walizkami w jednym pokoju i skurczyć w sobie, by móc zmieścić się na malutkich, dziecięcych łóżeczkach.

Nie mieliśmy prysznica. Gdy chcieliśmy się wykąpać, musieliśmy iść w parach do mieszkań miejscowych nauczycieli. Oczywiście dzieci nie myły się wcale. Miały na terenie szkoły wydzielone miejsce na dworze, taką jakby płytę z kranem, i tam szczotkowały zęby.  Chyba najgorsze w tym wszystkim były toalety, czyli podłużne, smrodliwe tunele z armią dzikich komarów i much. W takich toaletach trzeba wiedzieć, gdzie się ustawić: zawsze polecam miejsce, z którego spływa woda, wtedy nie widać, co ktoś robił przed nami. Ciężko nam było pozbyć się poczucia wstydu, kiedy dzieci podbiegały zobaczyć sikające białe panie nauczycielki. Nie było to złośliwe. Po prostu były ciekawe.

W stołówce podawano całkiem bezpłciowe jedzenie. Dzieci stały w kolejkach do posiłków za 4-5-6 RMB. Teoretycznie my jako przyjezdni goście szkoły dostawaliśmy lepsze dania, ale i tak były to między innymi: cebula ze słoniną, woda z ryżem, rozgotowane pomidory z jajkiem. Nie jadłam wtedy zbyt wiele. Po ubraniach czułam, że gubię wagę z prędkością światła.

Noce w Bazhongu były bardzo zimne. Spałam tam bardzo niespokojnie, czując się jak na najgorszych koloniach.

Dzień w szkole zaczynał się o 6 rano, kiedy z megafonu puszczano wrzynającą się w mózg melodię na pobudkę. Później kolejno co 10–15 minut dzieciaki dostawały komendy w stylu: teraz posprzątaj łóżko, idź umyć zęby, zjedz śniadanie, idź na boisko na poranną gimnastykę itp., tak do godziny 21.00, kiedy uczniowie szli spać. Klasy liczyły po 40–50 osób. Występował zarówno niedobór pomieszczeń, jak i nauczycieli. Normalnie nikt nie chce przyjeżdżać na wieś do pracy. Nie muszę dodawać, że wszędzie na ścianach były wypisane slogany komunistyczne. Pranie mózgu od maleńkości. Komfort nauczania poziom zero.

Temat szkół na terenach wiejskich w Chinach nie jest łatwy do ogarnięcia. Największym problemem jest brak wystarczającej ilości szkół, przez co dzieciaków w klasach jest o wiele za dużo. Rodzice tych dzieci często wyjeżdżają do miast za zarobkiem, pozostawiając maluchy pod opieką dziadków. Osoby starsze nie radzą sobie z wychowywaniem kolejnego pokolenia. Niektóre dzieciaki mają tak daleko do szkół, że spędzają w nich cały tydzień,  a wracają do domu tylko na weekend. Nie mają warunków all inclusive.

Teraz gdy pomyślicie, że w Polsce największym problemem jest to, czy sześciolatki powinny iść do szkoły i używać tabletów zamiast książek oraz jeść bułkę razową zamiast drożdżówki – zastanówcie się. Czy naprawdę jest o co robić tak duży szum?

DSC01154

DSC01155

 

DSCN3374

DSC03183

DSCN3363

 

DSC01158

DSC01159

IMG_2612

DSC03131

DSC03176

IMG_2613

IMG_2614

DSC03178

 

Zapisz

Podobne Wpisy

7 Komentarze

  1. Paulina mówi

    faktycznie w Polsce jest o niebo lepiej ale ludzie i tak będą narzekać … Może to też dlatego, że chodzi o ich dzieci, a dla każdego rodzica dobro jego własnego dziecka jest najważniejsze

  2. Homoturisticus mówi

    Mocno poruszający materiał…
    Wiesz, my Polacy zawsze narzekamy, wszystko jest nie tak, chcemy by było tak jak na Zachodzie, tak, jak pokazuje nam tv. Podróże wiele mi uświadomiły. Przecież mamy wszystko, a problemów szukamy tam, gdzie ich nie ma… Co prawda chińskiej szkoły nie widziałam, ale studiowałam na greckiej uczelni, gdzie tynk sypał się ze ścian, korytarzami spacerowały bezpańskie psy, a w zimie było cholernie zimno, bo uczelni nie było stać na ogrzewanie.

  3. harrold mówi

    bardzo ciekawy wpis, publikacja artykuł. Kompleksowa informacja o specyfice szczegółowej sytuacji. Tak sobie wyobrażam rolę blogów i blogerów. Przeczytałem z zaciekawieniem. nie wiem czy ta wiedza będzie mi w życiu potrzebna ale nie żałuję czasu spędzonego na czytaniu o szkołach w Chinach

  4. baixiaotai mówi

    Oczywiście, z punktu widzenia Europejczyka ta szkoła i warunki mieszkaniowe to dramat. Ale zapewniam Cię, że otwierałam Twój wpis spodziewając się czegoś gorszego. Ta szkoła to wypas w porównaniu ze szkołami wiejskimi w północno-zachodnim Yunnanie. Od warunków mieszkaniowo-szkolnych poprzez nauczycieli aż po jedzenie i ubikacje. Serio.

    1. Daria mówi

      Chętnie zobaczyłabym dla porównania szkoły w Yunnanie. Jeżeli pisałaś gdzieś o nich, bądź masz zdjęcia, proszę podziel się 🙂

      1. baixiaotai mówi

        Niestety, po wyprawie nie zostały mi żadne zdjęcia (aparat był rozładowany). Jedna ze szkół miała 20 uczniów łącznie, jednego nauczyciela wszystkich przedmiotów, który nie potrafił nawet mówić po mandaryńsku (tak, mandaryńskiego również on uczył), a przy szkole był „internat” – bo bodaj połowa uczniów mieszkała co najmniej 10 kilometrów od szkoły. W tym internacie nauczyciel (tak, ten sam) codziennie gotował dla uczniów… ziemniaki (na ryż nie było szkoły stać), a raz w tygodniu było mięso. Warzywa/owoce uczniowie zbierali sami w okolicznym lasku. Ci bogatsi dostawali od swoich rodziców garnczki z kiszonkami, które mogli dodać do obiadu.

    2. Daria mówi

      Chętnie zobaczyłabym dla porównania szkoły w Yunnanie. Jeżeli masz jakieś źródła, którymi możesz się podzielić, proszę prześlij.

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.