Przystanek Halong Bay

21 stycznia powitał mnie dość rześkim porankiem. Wstałam stosunkowo wcześnie, naszykować rzeczy, bo musiałam się wymeldować i kupić prowiant przed wyjazdem do Halong Bay.
Włączyłam komputer, chcąc przezornie sprawdzić drogę ze stacji kolejowej do hotelu w Hue, bo miałam opuścić Hanoi wieczorem i wiedziałam, że nie zdążę później tego zrobić.
Z miejsca szlag mnie trafił, bo wyskoczył mi błąd logowania, a tym samym brak dostępu do profilu i moich danych. Nie miałam jednak czasu się bawić w informatyka, więc bez humoru zeszłam z bagażami do recepcji, czekając na przewodnika, który miał mnie zabrać do Halong Bay.
Dokładnie o 8.30 rano siedziałam w busie, który miał mnie i innych turystów zabrać do portu. Patrzyłam na wszystkich spode łba myśląc o moim komputerze, ale później oprzytomniałam i pomyślałam sobie, że to tylko elektroniczne pudło. Powinnam się cieszyć, że zobaczę coś innego, bo nie wiadomo kiedy wyląduję ponownie w Wietnamie.
– Kiedy przejedziemy most, powiemy do widzenia Hanoi. Trasa do portu zajmie nam ok. 3.5h, tam będzie czekał na nas statek. Ktoś z Państwa wie co oznacza nazwa Halong Bay?
– Opadający Smok – odpowiadam mu z kitkatem w buzi, który robił mi za śniadanie.
Po czym dalej przewodnik nie powiedział nic ciekawego, prócz tego, że spędzimy tam 4 godziny i zjemy lunch na statku.
Jak zwykle przykleiłam się do innych turystów, wybrałam sobie dwie Niemki, chyba dlatego, że jedna wydała mi się wyjątkowo sympatyczna. Rozmowa się sama kręciła, nie musiałam się specjalnie zmuszać, żeby coś z siebie wykrztusić.
Po 12.00 załadowali nas na statek. Do mnie i do Niemek dosiadły się dwie Koreanki po 50, które wyglądały jak nastolatki na wakacjach, co chwila strzelając sobie słodkie zdjęcia. Koreanki powiedziały, że były w Krakowie i bardzo im się podobało, po czym rozmawiały po niemiecku z Niemkami. Jessie, jedna z Niemek już się wyrywała, żeby mi przetłumaczyć o czym tam nadawały, na co ja, że nie musi, bo choć nie mówię po niemiecku, zrozumiałam wszystko.
– To chyba dlatego, że mam dużo znajomych na świecie i czasami domyślam się, co mi chcą powiedzieć. -stwierdzam.
– To naprawdę niesamowite!- mówi Jessie.
Dopłynęliśmy do skał. Wyglądało to wszystko bardzo ładnie, ale nie mogę powiedzieć, żeby zaparło mi dech w piersiach. Chyba za dużo oczekiwałam od tego miejsca, w końcu takie okrzyknięte i mnóstwo filmów tam powstało. Kilka ładnych skał na Morzu Południowochińskim. Ot co. Zwykłam rzec – szału nie ma, dupy nie urywa.
Weszliśmy do środka skał, przewodnik zaczyna opowiadać, że „tutaj państwo widzą żółwia w grocie, a tu słonia, tu śmiejącego się buddhe…”
– Chwila. Ale to nie jest naturalne? W sensie wyrzeźbione przez człowieka? – pytam.
– Yhmm. Tak. – odpowiada przewodnik.
Niemki się zaczęły śmiać.
Idziemy dalej.
– Jak państwo myślicie, kto mieszka w tej grocie? – dopytuje przewodnik
Cisza.
– Romeo i Julia. Proszę spojrzeć, tu widać ich sylwetki.
Rzuciłam przewodnikowi wzrok o nazwie „chyba kpisz”.
– Najgorsze jest to, że ludzie wierzą w takie bzdury. – mówią Niemki.
Wyprzedziłam z nimi grupę i postanowiłam nie słuchać tych głupot. Nagle patrzę na jedną skałę.
– Mówicie co chcecie. Dla mnie to jest po prostu gigantyczny cycek.
– Haha, faktycznie! Sutek jak nic!
Przychodzi grupa z przewodnikiem.
– Proszę spojrzeć na tę skałę. To pierś, ma symbolizować macierzyństwo – tłumaczy przewodnik
– Chyba zmienię profesję. Zostanę przewodnikiem – śmieję się do Niemek
– A tu w górze możecie państwo zobaczyć penisa. – dodaje przewodnik
– Przepraszam, czy my jesteśmy w porno grocie? – pyta Jessie.
Nie odpowiedział na to nic.
Stwierdziłyśmy jednogłośnie, że to wyjątkowe na swój sposób miejsce, straciło bardzo na wartości przez takie turystyczne głupoty. Po co dokładać historię do czegoś, co ma naturalny urok i tym samym je psuć?
Dalej popłynęliśmy do skał, gdzie byli rybacy. Wsadzili nas kajaki i kazali pływać przez godzinę. Trafiła mi się w parze Wietnamka, która miałam wrażenie, że mi się tam popłacze, albo utopi.
– Współpracuj ze mną, a nic ci nie będzie – tłumaczę jej jak krowie na granicy
Jednak po 20 minutach pływania z nią się poddałam, bo zaczęła panikować. Nic na siłę.
Po 16.00 mieliśmy wrócić do portu na busa do Hanoi, Niemki się ze mną pożegnały, chcąc popłynąć na inna wyspę.
Całą drogę powrotną do Hanoi siedziałam jak na szpilkach, bo chciałam wrócić maksymalnie o 21.00, żeby zdążyć na pociąg do Hue. Na szczęście się udało.
Zaszłam jeszcze do Wietnamczyka, który mnie przechował w hotelu po powrocie z Sapy się pożegnać, kupiłam bagietki i ruszyłam na dworzec.
Kierunek – Wietnam centralny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.