Szczęśliwa woda. Przystanek Sapa

Po całym dniu pełnym wrażeń w Hanoi, zabrałam swoje rzeczy i powędrowałam na stację kolejową, żeby złapac nocny pociąg do Lao Cai. Stamtąd miałam pojechać do hotelu w Sapie, która była położona ok. 40 min drogi od tej miejscowości.
Pociągi w Wietnamie są dosyć przytulne i przyjemne, wagony sypialne znacznie różnią się od tych chińskich, jest więcej miejsca i człowiek chociaż ma trochę przestrzeni. Dodatkowo nikt mu się nie wpiernicza na dolne łóżko, żeby posiedzieć, tylko idzie na swoje, czego o Chińczykach powiedzieć nie można.
Zajechałam do Lao Cai po 5 rano, wyszłam przed dworzec, gdzie miał ktoś na mnie czekać, miałam tylko podnieść kartę, że jestem. Na karcie było napisane na odwrocie : nie jedź z nikim, kto nie ma twojego nazwiska na liście.
I tak czekam. Jest ciemno. Nikt nie ma mojego nazwiska. Podchodzą jacyś randomowi ludzie, mówiąc, że mnie zabiorą do Sapy, ale ich olewam.
Po jakiś 15 minutach prawie wszystko wokół mnie opustoszało, przyszedł jakiś facet, patrzy na  moją kartę i dzwoni. Gada i gada. Daje mi telefon i też karze gadać.
– Halo, kim jesteś? – mówię
– Dzwonię z hotelu, w którym masz zakwaterowanie. Poproszę o twoje imię.
– Moment. Ja najpierw poproszę o twoje i nazwę hotelu
– Grand View Sapa Hotel. Nazywam się Huang.
– Nazwę hotelu mógł ci powiedzieć kierowca. Przeliteruj nazwisko.
Przeliterował. Patrzę na kartę. Niby się zgadzało. Powiedział, że nie muszę płacić za przejazd, kierowca też potwierdził, więc to raczej nie oszustwo. Pojechałam.
W Sapie było bardzo mgliście, deszczowo i zimno. Dostałam posiłek i powiedziano mi, że dzisiaj mam krótki trekking około 6 km po wiosce Cat Cat.
Przyszła przewodniczka, która okazała się lokalną kobietą.
– Jestem Som. Dzisiaj cię oprowadzę. Mamy w grupie 6 osób.
Wychodzę  na zewnątrz.
Otacza mnie grono kobiet z Sapy, wciskając torebki, chusty i bransoletki i mówiąc: Zrobisz u mnie zakupy?
Eee, nie, nie zrobię.
Doszła do mnie grupka ludzi z Finlandii i Australii i tak razem poszliśmy zwiedzać.
Rozejrzałam się dookoła.
Gdzieś ty przyjechała, myślę. W Hanoi było piękne słońce, wakacje, a tu jakieś wiochy, świnie na wolnym wybiegu i psy przeznaczone na obiad. Mało ci wrażeń, mało?!
Jednak po krótkim czasie, zrozumiałam, że to miejsce jest absolutnie wyjątkowe. Zupełnie różne od tego, co w życiu widziałam.
Idziemy z Som, ona opowiada, że potrafi mówić po angielsku, ale nie umie czytać i pisać, bo rodzice kiedyś jej powiedzieli, że kobieta w Sapie to ma się domem zajmować, a nie edukacją.
Widać po niej, że przez to bardzo się wstydzi. Powtarza, że teraz jest za stara, żeby się nauczyć, ale posyła swoje dzieci do szkoły, żeby miały lepsza przyszłość.
Dodaje, żeby od tutejszych dzieci nie kupować nic, bo one poczują łatwe pieniądze i nigdy nie pójdą do szkoły. Zauważyłam, że niektóre dzieciaki płaczą tutaj prawie jak na zawołanie albo są bardzo umorusane, jakby nie miały innych ciuchów i ciężko tyrały.
Som mówi, że rodzice czasami brudzą swoje dzieci, żeby wzbudzały litość w turystach i tym sposobem zarabiały.
Po jakimś czasie Som stwierdziła, że na naszym szlaku jest za dużo turystów i pójdziemy dłuższą drogą.
Boże Drogi.
Wybrała taką trasę, że wszystkim nam chciały kolana się pogrechotać. Dodatkowo było zimno i błotniście, a ja odczuwałam coraz to większe zmęczenie, bo nie zdążyłam wcześniej odpocząć.
Po ok. 4 godzinach wróciliśmy do hotelu. Wskoczyłam pod prysznic, owinęłam się kocem, który przytachałam ze sobą i poszłam spać. Czułam się tak,  jakbym drzemała w lodówce.
***
19 stycznia, drugi dzień trekkingu.
Patrzę przez okno, pada.
Nosz cholera.
A dzisiaj miał być dłuższy około 14 km szlak.
Schodzę na dół, czekam na przewodnika.
Przychodzi Som.
Wita się ze mną i mówi, że w sumie miało jej tu dzisiaj nie być, ale pomyślała, że skoro jeszcze tu jestem to przyjdzie mi potowarzyszyć, bo jestem sama.
Bardzo mnie tym ucieszyła.
Patrzy się na moje buty.
– Chodź, pokaże ci, gdzie dostaniesz kalosze za dolara. Dzisiaj jest brzydko, tam gdzie będziemy chodzić woda może ci sięgnąć do łydek, przydadzą ci się.
Później się okazało, że to był najlepiej zainwestowany dolar w moim życiu.
Poznałam dwóch chłopaków z Izraela, z którymi szybko złapałam wspólny język i było mi raźniej.
Poszliśmy z Som w trasę.
Mówi do mnie, że dzisiaj jestem pod jej i jej znajomej opieką i mam ich się kurczowo trzymać, bo nie będzie łatwo.
Faktycznie nie było.
Było strasznie ślizgo od deszczu, praktycznie jakbyśmy zjeżdżali na sankach. Najlepsze jest to, że miejscowe kobiety biegały po tym szlaku prawie jak kozy, z dziećmi na plecach, nic sobie nie robiąc z tego, że jest niebezpiecznie, a na nogach miały klapki.
To kobiety super bohaterki.
Ja z chłopakami raz za razem, gdzieś się potykałam, wywalałam, wpadałam w jakąś przepaść i w końcu cała nasza trójka szła za rękę z tymi kobietami. One tłumaczyły nam jak małym dzieciom, gdzie należy nogi stawiać, żeby sobie krzywdy nie zrobić.
Złapaliśmy chwilę przerwy, Som do mnie podchodzi i opowiada swoją historię.
– Mam 52 lata i piątkę dzieci. Mój mąż nie pracuje, z resztą żaden mężczyzna z wioski nie chce nic robić. To kobiety zajmują się domem i muszą zapewnić dobrobyt. To takie przykre. Kiedyś przyjeżdżała tutaj Austriaczka, bardzo się z nią zaprzyjaźniłam, chciała mnie zabrać na tydzień wakacji do Hanoi. Powiedziałam mężowi. Nic się nie odezwał. Powiedziałam drugi raz. Też milczał. Po jakimś czasie Austriaczka powiedziała, że kupiła bilety i możemy jechać. Mówię mężowi, jaka sytuacja. I zrobił coś, co mnie zabolało. Powiedział, że mogę jechać, ale jak pojadę już mam nigdy więcej nie wracać. Tłumaczę mu, że mógł wcześniej mi to powiedzieć, że Austriaczka kupiła bilety i mi jest głupio. On był nieugięty. Potraktował mnie jak przedmiot. Najgorsze jest to, że sam nic nie robi, ja przynoszę do domu około 7 dolarów dziennie, on wydaje 20, bo gra. Karze mi chodzić na szlaki trekkingowe, choć są dla mnie bardzo męczące i ich nie lubię, jestem w końcu coraz starsza. I nic nie mogę na to poradzić.
Widziałam jak z minuty na minutę mi marnieje w oczach.
Nagle dodaje:
– Musisz mieć fajnych rodziców, skoro cię puszczają w podróże. Nie wychodź za mąż. Lepiej być samemu. Nikt ci nic nie wypomni i nic nie zabierze. A to co przeżyjesz to twoje.
Zmienia temat, odwraca się do chłopaków:
– Wy będziecie we wsi nocować. Musicie spróbować szczęśliwej wody.
– Co to szczęśliwa woda? – pyta jeden z nich
– Jak się domyślam, pewnie alkohol – mówię.
– Tak, alkohol – przytakuje Som. – Najpierw jest szczęśliwa woda, potem zmienia się w szaloną wodę, a na drugi dzień jak się nic nie chce to zostaje leniwa woda.
Bardzo mnie to rozbawiło.
Idziemy dalej, umorusani jakbyśmy całe życie w błocie się bebrali. Som dała mi jakiś badyl, żebym miała podparcie, inna kobieta z dzieckiem trzyma mnie za rękę.
Jeden z Izraelczyków komentuje do mnie:
– Patrz, na początku tylko dwie miały dzieciaki na plecach, teraz się ich piątka zrobiła, nawet nie wiem kiedy, chyba wyjmują te dzieci z koszyków czy co.
Po kilku minutach łażenia po błocie i nie chcę powiedzieć jeszcze czym, dotarliśmy do pięknego miejsca. Mimo, że było mgliście i tak widok robił ogromne wrażenie. Bardzo majestatyczny, w tle pola ryżowe, wolnym chodem chowane zwierzęta. Wielkie wow.
Podczas lunchu w wiosce podchodzi do mnie dziewczyna, która mnie dziś prowadziła za rękę.
– Zrobisz u mnie zakupy?
– Jasne, należy ci się.
Kupiłam od niej chustę, zieloną, bo tylko taką miała, ręcznie robiona.
Som do mnie przychodzi.
– Odprowadzę cię na autobus do hotelu, bo reszta zostaje w wiosce, ty dzisiaj wieczorem wracasz do Hanoi.
– W porządku – odpowiadam.
I nagle, tak zupełnie nie oczekiwanie, wypaliłam:
– Wiesz, jesteś jedną z tych osób, których nigdy nie zapomnę.
– Ja ciebie też nie. I na pewno tak będzie. Czasami przyjeżdżają tutaj znajomi znajomych, których oprowadzałam po wiosce, zawsze ich pamiętam.
Poczułam, że chcę jej coś dać, ale nie miałam co. Zdjęłam swoją folkową polską chustę z szyi, daję jej i mówię:
– To moja chusta z Polski. Nie mam nic lepszego, ale chciałabym, żebyś ją zatrzymała.
Ona się na mnie patrzy, bardzo nieśmiało.
– Też mam coś dla ciebie.
Wyciąga z torby niebieską chustę i wiążę mi ją na głowie. Ona miała dokładnie taką samą.
– Pozdrów swoich rodziców, jak kiedyś tu wrócisz, zabiorę cię do siebie i zostaniesz u mnie kilka dni. Napijemy się razem szczęśliwej wody.
Uściskałam ją na pożegnanie i pogłaskałam po policzku.
Przez resztę drogi ryczałam jak bóbr, myśląc, że dla niektórych życie jest cholernie niesprawiedliwe.