Przystanek Hue

21 stycznia ok. 22.00 miałam pociąg z Hanoi do Hue, czyli dawnej stolicy Wietnamu.
Usadowiłam się grzecznie na swoim łóżku, położyłam plecak pod stolik i czekałam spokojnie na odjazd.
Do mojego przedziału wpakował się Wietnamczyk, chyba koło lat 50, który wyglądał jakby zabrał ze sobą pół majątku. To znaczy, władował nam do przedziału tysiąc pięćset pudełek tak, że biedny nie miał na czym usiąść. Niestety nie mówił po angielsku, więc mu pokazałam jak te pudła przestawić, żeby miał miejsce i chyba uznał, że jestem w porządku. Później przez resztę drogi częstował mnie ciastkami, a ja jadłam z grzeczności, myśląc sobie, że robię się coraz szersza niż wyższa.
W Hue pojawiłam się po 10.00 rano, nie miałam pojęcia, gdzie jest mój hotel, ale stwierdziłam, że TO NIE CHINY i na pewno musi być blisko.
Po wyjściu z dworca otoczyło mnie stado taksówkarzy, oferując ,,super” podwózkę za ,,super” cenę, ,,tylko” czterokrotnie wyższą.
Cóż, to że noszę plecak trekkingowy i wyglądam jak sierota, nie znaczy, że mam napisane na czole „frajerka”.
Jak taksówkarz woła cenę mniej więcej 150.000 VND oznacza to, że prawdziwa cena oscyluje w granicach 30-40.000 VND. Stargowałam ile się dało i dotarłam do swojego hotelu.
Pierwszą rzeczą po zameldowaniu, pomijając prysznic, było oczywiście wifi i naprawa mojego komputera, który nie chciał współpracować.
– Nie dosyć Irena, że jesteś stara, ciężka, wożę cię wszędzie, to jeszcze fochy mi strzelasz. Wiem, że potrzebujesz męskiej ręki, ale niestety, całe towarzystwo zostało w Chengdu, a Paweł jak wiesz pracuje w Polsce. Zbierz się do kupy i się uruchom. – gadam do komputera.
Po kilku godzinach walki ze złośliwością rzeczy martwych, udało mi się doprowadzić do stanu, kiedy ten komputer zaskoczył. Ale tylko tymczasowo.
Później spotkałam się z dwójką lokalnych Wietnamczyków, którzy chcieli mi pokazać miasto. Wsadzili mnie na motor i zabrali dobry lunch. Muszę przyznać, że kuchnia w Wietnamie bardzo mi smakowała. Używane są w niej ogromne ilości świeżych ziół i warzyw, wszystko jest lekkie, pełne aromatów i aż chce się próbować więcej i więcej.
Następnie Wietnamczycy zabrali mnie nad rzekę Perfumową, niedaleko Thien Mu Pagody.
Całkiem przyjemnie, ale żeby to jakieś „wow” u mnie wywołało to niestety nie. Trochę pokręciliśmy się po Zakazanym Mieście, napiliśmy się mojej ulubionej wietnamskiej kawy z kondensowanym mlekiem i wieczorem się pożegnaliśmy.
Generalnie potraktowałam Hue jako przystanek, gdzie mogę wziąć prysznic i przespać się w normalnym łóżku. Myślę, że następnym razem bym tu nie zajrzała. Mało interesujące miasto. Cieszę się jednak,  bo chociaż przez to mam dwójkę nowych znajomych. Jak wszyscy wiemy – znajomych i przyjaciół na świecie nigdy dość.

 

 

 

 

 

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.