Co jest za drzwiami? Kangding, Sichuan

Seda zaczarowała nas na tyle, że zapragnęłyśmy zostać w niej dłużej kilka dni, ale niestety na chęciach się skończyło.
Jak to w podróży, pewnych wydarzeń nie można ot tak po prostu przewidzieć, tym bardziej, jeżeli są one natury fizjologicznej.
Przebywając od dłuższego czasu na wysokości 4000 m n.p.m ciało Europejczyka zwyczajnie odmawia posłuszeństwa.
Dostając co chwila zawrotów głowy, stwierdziłyśmy, że to chyba czas zbierać manatki.
Nie będąc pewne drogi po ostatnich wydarzeniach, stwierdziłyśmy, że lepiej będzie wziąć autobus.
Kupiłyśmy bilety, w cenie ok. 160 RMB, odjazd miał nastąpić następnego dnia o 6.00 rano.
Poszłyśmy szamać tybetańskie jedzenie i tak minął nam dzień.
Gdy nastała noc co chwila przewracałam się z boku na bok, bolała mnie głowa i czułam się słabo.
Nagle poczułam mocne ukłucie w klatce piersiowej i szybko bijące serce.
Zofia też się obudziła.
Cała biała na twarzy.
-Serce mi kołacze, nie wiem co robić… – powiedziała do mnie.
To była ciężka noc, nie mogłyśmy spać, gdyż nie byłyśmy przyzwyczajone do takich wysokości, a jeszcze uczucie takie, jakbyśmy przechodziły zawał serca w wieku dwudziestu paru lat.
Niczym żywe trupy dotrwałyśmy do rana. Gdy 5.30 wybiła poszłyśmy na dworzec, oczekując na autobus do Kangding.
Luksusów się nie spodziewałyśmy. Miłej niespodzianki też nie było.
Zrezygnowane usiadłyśmy w środku autobusu, zwinęłyśmy się w kłębek, próbując ukraść choć trochę snu.
Gdy wreszcie wyruszyłyśmy wszystko było ok przez pierwsze pół godziny. Później zaczęliśmy jeździć po wyboistych drogach. Trzęsło całym autobusem.
Usłyszałyśmy za sobą charakterystyczny odgłos.
Spojrzałyśmy na siebie i już wszystko było wiadomo.
– To niemożliwe, żeby wymiotowali przez następne 10h, przecież materia im się skończy – mruknęłam do Zofii.
Niestety nie miałam racji.
Zapomniałam, że europejska i azjatycka mentalność jest zupełnie inna.
Europejczyk z chorobą lokomocyjną podczas podróży by nie jadł, tylko wodę pił.
Ale nie Azjata.
Co przystanek jakaś przekąska w stylu śmierdzącego tofu albo obślizgłych nóżek kurczaka.
Oczywiście musieliśmy mieć o godzinie 12.00 dłuższy przystanek na obiad, bo godzina 12.00 to praktycznie świętość w Chinach, obowiązkowy czas na lunch. Tak więc nasi współpasażerowie dopchali żołądki solidnie.
I tak oto w odgłosach i oparach po 10h podróży udało nam się WRESZCIE dojechać do Kangding.
Kangding to miejscowość wyglądająca jak podłużna ulica otoczona górami.
Mieszka tam również mniejszość Tybetańska, ale niestety z roku na rok coraz bardziej są zasiedlani przez Chińczyków, więc wydaje mi się, ze to kwestia kilku lat, aż wykurzą ich stamtąd.
Chciałyśmy sobie wynagrodzić trud podróżniczy i zatrzymać się w miłym miejscu. Koleżanka wcześniej poleciła nam hostel usytuowany na górze, więc postanowiłyśmy wziąć tam taksówkę.
Wsiadłyśmy do taksówki.
Podałyśmy adres, wszystko fajnie, pięknie.
Poza jednym szczegółem.
Taksówkarz ustawił taksometr tak, żeby zaczynał się od 20 RMB, gdzie normalnie ceny rozpoczynają się od 8/9 RMB.
Po prostu chciał nas naciągnąć.
Pytam się go, dlaczego ustawił tak taksometr, a on do mnie, że musi podjechać 1km pod górę i za to.
A ja do niego, że nie ma w cenniku takiej opłaty i od kiedy niby tak jest.
Coś tam zaczął marudzić.
To ja znowu, że sorry, ale możemy zapłacić 10 RMB mniej, bo to oszustwo.
I zaczął coś gadać na nas po tybetańsku.
– Dobra dajmy temu palantowi ile chce, niepierwszy, nieostatni raz nas naciągają, szkoda czasu- rzekła Zofia i wysiadłyśmy.
Hostel był bardzo przyjemny w środku, prowadzony przez małżeństwo z Ameryki.
W środku było mnóstwo obcokrajowców, którzy delikatnie mówiąc mnie wkurzali, bo to tak zwani pseudopodróżnicy.  Klasyfikuję ich jako „czego to ja nie widziałem i czego to nie robiłem, ale tak naprawdę gówno się na wszystkim znam”.
Poznałyśmy tam bardzo sympatyczną parę – dziewczynę z Polski i jej chłopaka z Niemiec, trochę przy piwie poopowiadałyśmy im o życiu w Chinach i zrobiło się sympatycznie.
Doszedł do nas właściciel i niby ot tak mówił, że ,, oooo my tu jesteśmy wspierać Tybetańczyków, ja organizuję dla nich szkolenia jak prowadzić własny biznes, w zeszłym roku mieliśmy sukces, bo jeden Tybetańczyk otworzył swój hostel, moja żona z kolei ma szkołę rodzenia, zobaczcie tę Tybetankę po raz pierwszy w zeszłym roku zaszła w ciążę, żona ją cały czas wspierała”.
Takie to ckliwe było i coś mi w tym człowieku nie pasowało, ale myślałam sobie co tam, nie znam ich nie będę osądzać.
Po pożarciu hamburgera z mięsem z yaka poszłyśmy spać.
Następnego dnia chciałyśmy sobie zorganizować bardzo chill out’owy czas, pogoda była na dwoje babka wróżyła, więc nie chciałyśmy iść w góry, nie byłoby dobrej widoczności.
I tak postanowiłyśmy pokręcić się po mieście, przypatrzyć lokalnym jak żyją i odwiedzić kilka świątyń.
Mijałyśmy stoiska z mięsem z yaka, ziołami leczniczymi, piękną tybetańską biżuterią… Chwilę pobawiłyśmy się z dziećmi, poszłyśmy do muzeum, a potem zboczyłyśmy z trasy, dojrzawszy całkiem interesującą świątynię.
Rozglądamy się dookoła, niby nic takiego.
Nagle z okna wyłonił się mnich.
Nie powiedział nic, spojrzał się na nas i pokazał palcem malutkie drzwiczki.
Scena prawie jak z Harreg’o Pottera, ktoś się wyłania, nic nie mówi, wszystko wydaje się podejrzane, ale chust człowiek chce sprawdzić.
Takie to było dziwne.
Ale poszłyśmy, co tam.
Za malutkimi drzwiami kryła się ścieżka z milionem schodów prowadzących gdzieś na górę.
Trzeba było iść zwiniętym w pół, przedzierać się przez miliony tybetańskich flag.
Wyglądała tak, jakby tylko nieliczni się tam przechadzali.
Idąc w górę,  flag przybywało coraz więcej i więcej, przez ostatni odcinek ledwo się przedarłyśmy.
Na szczęście każda droga ma swój koniec.
I na tym końcu czekała na nas niespodzianka.
Widok na całe miasto ze szczytu góry i piękna malutka świątynia.
Pokontemplowałyśmy tam trochę i zeszłyśmy w dół.
Mnicha już nie było.
Ale właśnie on sprawił, że zwykły dzień stał się całkiem niezwykły.

 

 

 

 

 

kangding sichuan syczuan
kangding syczuan sichuan chiny

 

kangding syczuan sichuan chiny

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.