Czerwone domy. Seda, Sichuan

Po naszej – bądź co bądź – traumatycznej podróży spałyśmy pierwszej nocy w Sedzie jak mopsy. Nic nie zakłócało naszego spokoju, było czysto, miło i bezpiecznie.
Jeszcze wtedy nie czułyśmy, że znajdujemy się na wysokości powyżej 3800 metrów, ale na wszystko był odpowiedni czas.
Upolowałyśmy śniadanie, a później znalazł nas nasz nadworny Tołdi Podnóżek i razem wzięliśmy busa do Larung Gar, czyli oddalonej o ok.20 km miejscowości, gdzie znajduje się największa Akademia Buddyjska na świecie.
Dzień był słoneczny, ale niegorący. Dziwił mnie początkowo widok Tybetańczyków z maskami na twarzy, jednak szybko wyjaśniło się, że owe maski miały za zadanie chronić ich od słońca.
Sami Tybetańczycy przypominali Indian, jeździli na pięknych koniach, mieli długie, czarne włosy i kapelusze. Matka natura wyposażyła ich w piękne oczy, zupełnie różne od etnicznych Hanów.
Atmosfera nadal była dosyć posępna, ludzie do nas niechętnie podchodzili i rozmawiali, bo byłyśmy obce. Wszyscy doskonale wiedzieli, że lepiej się nie wychylać.  Nie miałyśmy nic złego na myśli, ale sam kontakt z nami nie był najmilej widziany po ostatnich demonstracjach.
W końcu każdy człowiek czego chce najbardziej to spokoju.
Jechałyśmy więc busem z Tołdim i mnichami, zastanawiając się, czy  osiągniemy ostateczny cel podróży w góry.
Droga była piaszczysta, a spoglądając przez szybę busa patrzyłam na wzgórza z tybetańskimi mantrami. Były cudowne.
Nagle zaczęło się coś wyłaniać z zza zakrętu. Oczy Zofii zrobiły się większe.
Szturchnęła mnie za łokieć i powiedziała: „To naprawdę istnieje….”
Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc jakie udało mi się w życiu zobaczyć.
Larung Gar.
Tysiące małych czerwonych domów, wybudowanych ciasno, jeden koło drugiego w górach, a pośrodku nich wielka świątynia. Wyszliśmy z busa i powoli w trójkę zaczęliśmy się rozglądać.
Wokół całe mnóstwo mnichów zajmujących się codziennymi sprawami.
Ciężko było odróżnić kobiety od mężczyzn, wszyscy ubrani tak samo, ogoleni na łyso i patrzących na nas z zaciekawieniem.
Na miejscu okazało się, że Akademia Buddyjska jest podzielona na dwie części i w jednej właśnie mieszkają kobiety, a w drugiej mężczyźni.
Prawie każdy miał na szyi przewieszone korale modlitewne, a w ręku trzymał nowoczesnego smartfona.
Trochę wstydziłam się im robić zdjęcia, bo sama po roku w Chinach też nie lubiłam być przysłowiową małpą w cyrku, którą się fotografuje tylko dlatego, że inaczej wygląda.
Do Akademii Buddyjskiej mogą zjeżdżać się mnisi z większości terenów Azji. Nie ma wymogu posiadania korzeni tybetańskich, przyjmują tutaj także chińskich Hanów, mnichów z Malezji czy Singapuru. Zajęcia jednak odbywają się po tybetańsku. Przyjazd dla mnicha w celu pobierania nauki tutaj oznacza pobyt ok. 5 – 7 letni.
Choć Akademia jest przepiękna, warunki tutaj same w sobie są dosyć surowe.
Latem jest gorąco, łatwo poparzyć sobie skórę nawet przy zwykłym spacerze. Zimą natomiast panuje okropny chłód, brak ogrzewania. Ich domy nie są na tyle solidne by trzymały jakiekolwiek ciepło, o czym chociażby świadczy fakt zabezpieczania dachów kamieniami.
Szliśmy sobie pod górę karmiąc spojrzenia widokiem, choć sapaliśmy przy tym wszyscy równo. Tybetańczycy oczywiście biegali sobie po tych górach bez najmniejszej zadyszki. Jednak ich ciała są do tego przystosowane, mają więcej krwinek czerwonych od nas i lepiej znoszą wysokości.
Powiedziałam Tołdiemu, że słyszałam, iż mają w okolicy świątynię, w której Tybetańczycy palą martwe ciała i chciałbym ją zobaczyć.
Tołdi wysłuchał, po czym powiedział, że to się nazywa 天葬, czyli podniebny pogrzeb i on popyta lokalnych jak tam dojść.
Szliśmy sobie szczytem gór, mijając stada jaków i wylegujących się mnichów na trawie. Dosiadłam się do babeczek jedząc z nimi fistaszki i odpoczywając przez chwilę.
Później, gdy schodziliśmy powoli , w dół nad głowami przeleciało nam ogromne ptaszysko.
Tybetański sęp.
Rozglądałam się w lewo i prawo i oczom nie wierzyłam.
Ogromne stado sępów na polanie.
Tołdi mówił, że już dochodzimy do świątyni i za to te sępy tutaj latają.
Gdy dotarliśmy na miejsce na wzgórzu wokół świątyni siedziało już mnóstwo osób i na coś czekało.
Nie wiedziałam wcześniej jak wygląda cały proces podniebnego pogrzebu, więc z zaciekawieniem przysiadłam na trawie i patrzyłam się na świątynie czekając na przebieg wydarzeń.
Po jakiś 40 minutach coś zaczęło się dziać.
Nagle zaczęto znosić ciała.
Była ich piątka, w tym trójka dzieci , zawinięte w jakiś materiał.
Pytałam się Tołdiego, co teraz i czy oni mają ciała codziennie do procesu, a on na to, że tak, bo przecież codziennie ktoś umiera, a teraz musimy chwilę poczekać, bo oni te ciała muszą pokroić.
Spojrzałam na niego zaniepokojona, ale on się tylko uśmiechnął i mówił, że to bardzo naturalne.
Z minuty na minutę zaczęło gromadzić się coraz więcej sępów. Zaczęto nas przeganiać na drugą stronę wzgórza, żeby nie zrobiły nam krzywdy.
Nadeszli mnisi na polanę, usiedli sobie wygodnie i zaczęli śpiewać modły.
Abstrakcyjne dla mnie było to, że każdy z nich dostał po 50 RMB, ciastko i redbulla za przyjście.
Jednak im głośniej śpiewali, tym więcej sępów zaczęło nadlatywać.
Jeden mnich chodził między ptactwem, gadając przez smartfona w takiej śmiesznej czapce jak nawiedzony czarodziej i powstrzymywał sępy od ataku na martwe ciała.
Szczerze mówiąc, z tego całego krojenia ciał, obdzierania ich ze skóry i zdzierania im włosów, nie widziałam nic (i dobrze), bo wszystko skrzętnie odbywało się za parawanem. Czasem tylko wyłaniał się mnich z wielkim tasakiem jak do mięsa spoza parawanu i miałam pewność, że Tołdi mnie nie ściemniał.
W pewnym momencie mnisi zaczęli śpiewać głośniej, a sępy dostały znak, że na nich już czas.
Stado wygłodniałego ptactwa rzuciło się na ciała, pożerając do samych kości.
Powiedziano mi, że później pozostałe kości są ucierane na proch.
Cały proces przygotowania ciał do obrzędu zajmuje trzy dni. Sama ceremonia z udziałem sępów nie jest przeznaczona do oglądania przez osoby bliskie zmarłym.
To było bardzo mistyczne i zarazem tak banalne, bo nagle dotarło do mnie, że śmierci nie należy się bać, dusza się ulatnia, a nasze ciało to skutek uboczny, do niczego już nie potrzebny na ziemi. Zamiast budować wielkie, brzydkie pomniki, lepiej się tego co po nas zostaje pozbyć w sposób najbardziej zgodny z naturą.
Nie ma w tym ani nic obrzydliwego ani nienormalnego.
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to była dla mnie jedna z najważniejszych lekcji człowieczeństwa i tak dosłowna, że zapamiętam ją na zawsze.
larung gar

 

 

 

 

 

 

seda larung gar sichuan

 

larung gar sichuan

 

 

 

 

 

 

 

podniebny pogrzeb celestial burial

 

 

 

 

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.