Przytulam słonie – dzień w dżungli

Pamiętam jak płakałam. Początek tego roku, ja w szpitalu z poważną chorobą po operacji, częścią ciała poszatkowaną jak tatar.  Z dala od domu. Nie mogąc przy sobie zrobić absolutnie nic, nawet siku, nie mówiąc o innych potrzebach fizjologicznych. Płakałam, bo byłam w bólu, trzęsąc się jak fretka, gdy przychodzili lekarze i próbowali mi zmienić opatrunki. Dawali mi ręcznik w zęby, żebym nie krzyczała i kazali być dzielną. Było co najmniej kilkanaście rzeczy nad którymi rozmyślałam, leżąc na łóżku szpitalnym i gapiąc się w sufit. Po pierwsze próbowałam wytłumaczyć sobie, że ludzie mają gorsze choroby i ja się z tego wykaraskam, powoli, bo powoli, ale dam radę. Zastanawiałam się czy nie rzucić tego wszystkiego i nie wrócić po skończonym leczeniu do domu. Dumałam nad tym, że marzyłam o długiej podróży po Tajlandii. Chciałam przytulić słonie.  Bilety lotnicze przepadły. Były kupione na połowę lutego. Moja choroba wymagała stałej, codziennej kontroli lekarzy przez kilkanaście tygodni. Jednak ciągle dawałam sobie nadzieję, że postawię się na nogi, będę zdrowsza,  silniejsza i może wtedy uda mi się polecieć.

Będąc na Phuket….

Myślałam, że to byłoby zupełnie fantastyczne gdyby udało mi się zobaczyć słonie, w przyjaznym dla nich środowisku. Nie uwiązanych na łańcuchach. Ale nie zapowiadało się nic a nic, że uda mi się je w takich warunkach spotkać. Słyszałam, że Polki mieszkające w Niemczech, z którymi się trzymałam większość mojego pobytu, wybierają się do dżungli. Pech chciał, że akurat w dzień mojego wylotu do Chengdu. Okej, no trudno. Czasu nie przeskoczę. Sandra zagadała do mnie: ,,a której masz ten wylot?”, “o 21 wieczorem” odpowiedziałam. Stwierdziła, że pff zdążymy, bo wrócimy około 17 i jeszcze się wynudzę na lotnisku. Strasznie się ucieszyłam. Czułam jak latają wokół mnie koty pierdzące tęczą, a ja się unoszę trzy centymetry nad ziemią. Bo to co tak bardzo chciałam zrobić, było TAK BLISKO. W międzyczasie okazało się, że uzbierała się na dżunglę spora grupa osób i pojedziemy na dwa busy.

Poranek w dniu wycieczki był ciężki

Musiałyśmy bardzo wcześnie wstać i wyjść o ok. 5:30 z domu, żeby odebrać innych wycieczkowiczów. Czarno na dworze. Oczy się kleiły. Sandra nakarmiła mnie solidną porcją owsianki, żebyśmy miały siłę przetrwać dzień. Załadowałyśmy moją mini walizkę do samochodu,bo z dżungli miałam prosto gnać na lotnisko. Sandra miała głowę na karku i doradziła mi kupno zwykłych japonek na stacji benzynowej. “Będziesz w błocie upaprzesz swoje sandałki doszczętnie” – rzuciła. Gdy udało nam się zebrać ekipę podzieliliśmy się na dwa busy. Ucieszyło mnie, że mogę znowu spędzić trochę czasu z moją przyszywaną niemiecką rodziną, czyli bliźniaczkami i ich super mamą. Było do kogo porechotać.

W drodze do Khao Sok

Ponieważ do dżungli mieliśmy spory kawałek trasy do pokonania, Sandra po drodze wykorzystała ten czas skacząc z busa do busa gdy mieliśmy przystanki, opowiadając jak to z tymi słoniami jest w Tajlandii. Jak wiecie wiele miejsc w tym kraju bardzo podle traktuje zwierzęta. Zamiast stawiać je na piedestał jako skarb narodowy, słonie są często męczone, bite młotami bądź przykute łańcuchami. Szef Sandry, który organizuje wycieczki dla Polaków po Tajlandii przez wiele miesięcy szukał odpowiedniego miejsca, gdzie przyjezdni mogliby poobcować ze słoniami bez szkody dla zwierzaków. Udało mu się znaleźć farmę, gdzie słonie są traktowane godnie. Nikt się na tej farmie nad nimi nie znęcał, a wręcz przeciwnie, bardzo o nie dbał. Słonie sobie żyją tam bez łańcuchów i jedzą ekologiczne banany. Żadnych pryskanych chemikaliów. Sandra jeździła na te wycieczki ze słoniami kilkukrotnie, nie podobał jej się jednak główny punkt programu to znaczy przejażdżka na słoniu. Żeby to jeszcze była zwykła przejażdżka. Nie podobały jej się metalowe ławki, umocowane słoniom na grzbiecie.

Postanowiła być asertywna

Sandra twardo powiedziała, że jeżeli nadal turyści będą wożeni na tych ławkach to ona nie chce brać udziału w takowych wycieczkach. Nie można było jednak od tak sobie wywalić słoni z atrakcji, bo po to się też przyjeżdża do Tajlandii, żeby z nimi poobcować. Trzeba było coś wymyślić, żeby był i wilk syty i owca cała. Sandra wpadła na pomysł kąpieli słoni. W ten prosty sposób można się nacieszyć obecnością wesołych trąb i zrobić coś pożytecznego. Okazało się, że Tajowie kupili ten pomysł. Pierwsze kilka razy wyszło to trochę niezdarnie. Dostanie się do rzeki, w której kąpią się słonie, nie było najprostszą czynnością. Nie dosyć, że ogromne błoto to jeszcze nawet porządnego zejścia na dół nie było. Jednak po jakimś czasie zaczęły pojawiać się kładki i schodki pomagające dostać się do rzeki. Prawdopodobnie Tajowie podchwycili pomysł i również zaczęli pozwalać innym grupom turystycznym kąpać słonie. I wtedy wszystko zaczęło grać jak należy.

Szuru buru, czyli kąpiemy słonie

Przysięgam, nigdy w życiu nie szczerzyłam się tak od ucha do ucha jak wtedy gdy czekałam, żeby zobaczyć rodzinę słoni. Zostaliśmy zaopatrzeni w szczotki. Pouczono nas, że słonie mają grubą skórę, więc nie mamy ich miziać tylko naprawdę szorować. Powiedziano nam również, że słonie mają delikatne kręgosłupy, więc jeżeli będziemy chcieli spróbować się na nie wdrapać, trzeba usadowić się na karku, żeby nie zrobić im krzywdy. Bawiły się z nami bodajże 4 słonie (może 3, z tej euforii zapomniałam).  Wśród nich było małżeństwo, któremu sułtan udzielił ślubu. Szorowaliśmy je wszystkich stron, a one się przewracały z boku na bok albo nadstawiały części ciała do mycia. Przy tym widać było jak te słonie się cieszą i śmieją.  Co chwila też fundowały nam prysznic trąbami, więc zostaliśmy kompletnie zmoczeni. Mogliśmy przejechać się na słoniu, nadzorowani odpowiednio przez Tajów, co było zupełnie fantastyczne. Wszystkim obrońcom praw zwierząt, co nie widzieli, a na pewno będą komentować zaznaczam, że nikt z nas nie siedział na słoniach dłużej niż 2- 3 minuty. Z jednej strony dla dobra słonia, żeby go nie zmęczyć, z drugiej jak się jest na jego szczycie to człowiek trochę się kitra, bo nie wie czy zaraz zleci czy nie.

 

 

 

Dupki wyszorowane przyszedł czas na żarcie

Gdy słonie są wyszorowane myślą, że już dalej nic nie muszą i mają labę. Tajowie ustawiają je w rządku, stoi też obok babeczka, która sprzedaje kiście bananów z ich farmy i można karmić słodziaki. Słonie same niuchały, kto banana trzyma w dłoni i próbowały trąbami wciągnąć je jak odkurzacz. Zeżarły chyba z kilkanaście kilogramów tych bananów, ale wywołały tym tyle śmiechu i radości, że dosłownie zrobiły mi wyjazd. Potem my w grupie poszliśmy na tajskie jedzonko, które uwielbiam. A potem z pełnymi brzuchami szykowaliśmy się do dalszej trasy. Tym razem mieliśmy spływ kajakiem po rzece Khao Sok.

Uwielbiam takie punkty programu

… gdzie nie muszę latać wszędzie jak ze sraczką, żeby wszystko zobaczyć tylko mogę mieć momenty wyciszenia. Takowe miałam na kajaku. Podobierano nas w pary. Udało mi się wylądować z moją ulubioną konwersatorką wycieczki Martą. Taj, który woził nasze tyłki wyglądał zacnie – słowem –  byłyśmy jak królowe życia. Pięknie świeciło słońca, mogłam wyciągnąć swoje blade nogi, żeby złapały trochę kolorytu i podelektować się muśnięciami promieni na policzku. Co jakiś czas Taj robił przystanek koło drzew, pokazując węże. Niektóre widziałam, niektóre nie. Wiecie jak się zabiera ślepego na wycieczkę, nic nie widzi, okularów na nosie nie miałam, a soczewek nie noszę. Na szczęście Marta pstrykała zdjęcia i pokazywała mi na zoomie, więc mogłam się zorientować, co ewentualnie mogłoby mnie z tych drzew zaatakować. Gdy tak sobie płynęłyśmy parze przed nami kajak się wykorkował. Po prostu ich “gondolier” przejechał kajakiem po ostrym kamieniu, słychać tylko było wielkie BUM! i para musiała wrócić na brzeg. Jakby nie było w tym dużej szkody, bo to byli tajscy przewodnicy.

 

Z ciekawostek

Udało nam się zobaczyć drzewo kauczukowe. Opowiedziano jak się pozyskuje kauczuk. Trzeba było naciąć drzewo delikatnie aż zaczęła wydobywać się z niego biała maź. Ot co. Potem ruszyliśmy dalej, mieliśmy jeszcze do zobaczenia wodospad. A pogoda się zaczęła krzaczyć. Po drodze Sandra znowu opowiedziała kilka mądrych rzeczy. Tym razem padło na olej palmowy. Każdy kto odżywia się zdrowo i czyta etykiety na pewno ma świadomość jaki wpływ on ma na zdrowie. Chcę podkreślić, że głównie chodzi o jego postać utwardzoną. Po pierwsze powoduje choroby serca, miażdżycę i inne paskudztwa. Dodaje się go prawie wszędzie, bo sprawia, że produkty mają długie terminy przydatności do spożycia, jest stosunkowo tani i wydajny. Olej palmowy możecie znaleźć między innymi w margarynach czy Nutelli. Swego czasu była głośna sprawa dotycząca kremu czekoladowego, mówiąca o tym, że w czasie jego produkcji  dochodzi do wytworzenia substancji rakotwórczych. Producent oczywiście wszystkiemu zaprzeczył.

Czy tylko chodzi o nasze zdrowie?

Absolutnie nie.  Żyjemy na jednej planecie wszyscy razem – rośliny, zwierzęta i inne organizmy. W pogodni za pieniądzem nikogo nie obchodzi, że jedno niszczy lub zżera drugie. Masowe boom na utwardzony olej palmowy doprowadziło do wypalenia lasów tropikalnych w Indonezji. Jest to tyle przerażające, że tam żyją orangutany – gatunek zagrożony wyginięciem. Przez wycinkę lasów zwierzaki nie tylko tracą miejsce do życia, ale i pożywienie. Mówi się, że orangutany są zabijane w celu ochrony nowych palm. Jak orangutan traci swój naturalny pokarm sięga właśnie po młode palmy, co się koncernom nie podoba. Poza tym wycinka lasów tropikalnych ma także szkodliwy wpływ na nasz klimat.  Więcej na temat paskudztwa tych praktyk i o tym jak ważne jest, by temat nagłaśniać możecie poczytać tutaj.

Na sam koniec wodospad

Wycieczka i jej atrakcje dobiegały końca. Przed nami była jeszcze krótka przechadzka po dżungli i kąpiel w wodospadzie. Jednak jak możecie sobie wyobrazić pogoda się skrzaczyła, zrobiło się nieprzyjemnie i zaczęło padać. Poza tym trochę było niebezpiecznie stąpać po śliskich kamieniach. Co niektórzy Polacy byli bardzo “przygotowani” do wyprawy i mieli koturny na nogach zamiast normalnych butów. Długo nie zabawiliśmy nad tym wodospadem,  prąd był dosyć mocny, ciężko było ustać, więc wróciliśmy do busa.

Przytulanie słoni – czy można sprawić sobie większą dawkę szczęścia?

Gdy żegnałam się z Sandrą przed wejściem do busa, który miał mnie odwieźć na lotnisko miałam cały miks uczuć w sobie. Wielki kamień w postaci wszystkich lęków, zmartwień i trosk, które nagromadziły się we mnie przez ostatni rok, wreszcie ze mnie spadł. Okazało się, że nic nie jest takie straszne i gdy zachowam spokój mogę oddychać nawet gdy nurkuję w ciemnościach. Bo znalazłam w sobie z powrotem pierwiastek, którego nie potrafiłam odpalić przez długi czas – Darii która łapie to, co los rzuca w łapy garściami, nie boi się, jest ciekawska i lubi śmieszkować. Dla mnie słonie, obcowanie z największym symbolem szczęścia to była moja nagroda za wszystkie smutki i symbol początku czegoś nowego, czegoś lepszego. Miałam poczucie, że tym razem powrót do Chin będzie inny. Bo mam siebie dla siebie w całej swojej postaci. A przyjaźń z Sandrą, z którą tak długo blogowałam to tylko wisienka na torcie mojej tajlandzkiej przygody.

Podobne Wpisy

3 Komentarze

  1. Daniel Wosiński mówi

    Biedne te orangutany 🙁 w sumie tak na prawdę nikt się nie przejmuje losem zwierząt uważając,że dadzą sobie radę. No dobra prawie nikt 🙂 na Cyprze słyszałem historię o Szympansach z Afryki,że nie ma co się ich litować,bo mogą zabić człowieka a i nie rzadko jedzą jeszcze inne małpy i to na żywo. To żadne tłumaczenie. Współczuję choroby 🙁 pozdrawiam

  2. Candy Pandas mówi

    Cudownie <3 To musiała być fantastyczna zabawa 😀 Cieszymy się, że udało Ci się zrealizować marzenie :*

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.