Raz na wozie, raz pod wozem. Droga do Sedy

4 lipca nie tak znowu wcześnie rano czekałam sobie na Zofię (koleżankę ze Słowacji) w lobby w akademiku.
Plecak miałam wyjątkowo lekki, humor mi dopisywał i czułam się całkiem beztrosko.
Zza rogu wyszła zaaferowana Zofia, mówiąc do mnie, że wczoraj zabalowała i potrzebuje zjeść oleisty makaron na śniadanie.
Poszłyśmy więc do knajpki za szkołą.
Padało i było niezbyt przyjemnie.
Miałyśmy naszykowane kartony do wypisywania na nich nazw miejscowości, przedyskutowałyśmy strategię działania i po posiłku powędrowałyśmy na metro.
Musiałyśmy dotrzeć do ostatniej stacji tj. Xipu, skąd samochody jechały w kierunku 都江堰 (Dujiangyan), miejscowości oddalonej ok. 70 km od Chengdu.
Znalazłyśmy skrawek, z którego zaczęłyśmy łapać samochody.
Niestety ciekawscy riksiarze co chwila do nas podjeżdżali, mówiąc, że na pewno nie uda nam się stąd nigdzie dalej pojechać.
Jeden Chińczyk zatrzymał się, powiedział, że zabierze nas do 文川 (Wenchuan – miasta, które w 2008r musiało zmierzyć się z ogromnym trzęsieniem ziemi w Sichuanie) za 150 RMB, po czym posłałam mu wzrok nakazujący mu pocałować się tam, gdzie usta nie sięgają.
Jakoś się nie zrażałyśmy i po kilku minutach podjechał gość z samochodem przyozdobionym w Hello Kitty, mówiący w dialekcie, z czego udało nam się wywnioskować, że zabierze nas na sam kraniec miasta, gdzie będzie nam łatwiej złapać auto.
Jak powiedział tak zrobił.
Był bardzo przyjacielski.
Drugi samochód udało nam się zatrzymać dosyć szybko, jakiś facet po 40 jechał akurat do Dujiangyan i powiedział, że nas zabierze.
Pytał się czemu nie jedziemy autobusem, na co my, że to za wolno i drogo, a chcemy się dzisiaj dostać do 马尔康 (Maerkang), gdzie będziemy już w połowie drogi do miasta 色达 (Seda). Stwierdził, że to całkiem niegłupie i musimy być odważne.
Po czym zaczął nam opowiadać, że ma syna w Qingdao (青岛)i tak zupełnie z czapy do niego zadzwonił, powiedział, że ma dwóch obcokrajowców w samochodzie i kazał mu z nami poćwiczyć angielski. Zofia wzięła od niego telefon i zaczęła rozmawiać, co było z mojego punktu widzenia dosyć komiczne, ale przestałam się śmiać, kiedy podała mi telefon i ja się musiałam produkować. Po konwersacji ojciec chłopaka wypytywał się o jego poziom, a my nie mogłyśmy powiedzieć nic innego jak tylko go pochwalić.
Następnie ów Chińczyk stwierdził, że pokaże nam swój dom na wsi, przedstawi rodzinie, zaprosi na obiad i dopiero później odwiezie nas na wylotówkę do Maerkang.
Tym sposobem poznaliśmy jego żonę, bratową, brata, obejrzałyśmy album rodzinny, nakarmili nas i odwieźli na miejsce, z którego miałyśmy złapać nowy samochód.
Chińczyk z żoną czekał w samochodzie, żeby się upewnić, czy uda nam się złapać nowego kierowcę.
Na szczęście udało się dosyć szybko.
Nadjechał czarny, terenowy samochód, w środku była para, która jechała do Maerkang, co oznaczało oczywiście, że miałyśmy z głowy transport przez ok. 300 km.
Kompletnie nie rozumiałyśmy co do nas mówią przez bardzo silny akcent i dialekt sichuańsko – niewiadomo jaki, jednak nie przeszkadzało nam to zbytnio, cieszyłyśmy się, że tyłki siedzą bezpiecznie w samochodzie.
Fizycznie zaczęłyśmy odczuwać, że jedziemy coraz wyżej i wyżej. Zaczęły nam się zatykać uszy jak w samolocie i boleć głowy. Kierowca kupił nam owoce i tak zleciała nam droga.
Wylądowałyśmy w Maerkang po godzinie 17.00. Para pomogła znaleźć nam tani nocleg u Tybetanki, który był adekwatny do ceny. Tybetanka była dziwna, uczepiła się Zofii, w sensie takim, że ciągle była bardzo blisko niej. Poczułyśmy się bardzo nieswojo, gdy co chwila dotykała jej włosów, to oglądała ręce i patrzyła się jak w obrazek. W Chengdu nam się takie sytuacje nie zdarzają. Tłumaczyłyśmy Tybetance, że jutro planujemy jechać do Sedy i czy może nam pomóc zorganizować transport. Tybetanka powiedziała, że samochodu nie zorganizuje, ale zaprowadzi nas na stację autobusową o 6.00 rano.
Nie ufałyśmy jej wcale.
Wyszłyśmy na miasto.
Pierwszy raz od dawna przeżyłyśmy szok kulturowy. Ciężko się było przenieść z metropolii Chengdu do czegoś tak małego, gdzie byłyśmy non stop na widoku. Co chwila mijali nas Tybetańczycy, a ja chciałam się w sobie schować, bo czułam się bardzo niekomfortowo.
Dodatkowo wszędzie było pełno policji, co też było podejrzane.
– Dzisiaj poszło sprawnie, mijałyśmy duże miasta i droga też była w porządku. Nie wiem co będzie jutro. Spróbujmy najpierw z autobusem, bo coś mi w środku mówi, że to będzie trudny dzień. – powiedziałam Zofii, a ta pokiwała głową, przytakując temu co mówię.
Po krótkim spacerze, wróciłyśmy do Tybetanki, robiło się późno, napiłyśmy się herbaty z mlekiem i starałyśmy mentalnie przygotować na dalszą część wyprawy.
I tak nastała noc.
Maerkang

 

 

 

 

Maerkang Sichuan
Następnego dnia, zrobiłyśmy sobie pobudkę o 5.30 rano, sprawdziłyśmy swoje plecaki. Tybetanki nigdzie nie było, więc nie czekając na nią wyszłyśmy na zewnątrz, chcąc złapać taksówkę na dworzec.
Dworzec oczywiście był podejrzany. Mnóstwo mnichów, ludności wiejskiej i miejscowych cwaniaków. Czekałyśmy w kolejce po bilety, podświadomie wiedząc, że nic z tego raczej nie będzie. Wokół chodziła jakaś dziwna Chinka, rozprawiając z mnichem o tym, czy się dostanie do Sedy czy nie. Wkurzała mnie strasznie.
Gdy kasa zaczęła pracę, wszyscy rzucili się po bilety.
Nie zdziwiło mnie wcale, że nic do Sedy już nie było. Wyszłyśmy na zewnątrz, zastanawiając się co dalej. Dziwna Chinka wyszła za nami, pytając się o nasze plany, zaproponowała pomoc w znalezieniu auta, która była całkiem bezużyteczna.
Chińczycy mówili, że możemy wziąć z innymi za 300 rmb samochód do Sedy, wydawało nam się to strasznie drogo, ale potem pomyślałyśmy, że może tak będzie bezpieczniej i szybciej.
Jak tylko wsiadłyśmy do samochodu, coś zaczęło się dziać.
Chińczycy komentowali do siebie, że jak nas zabiorą to będą mieli problemy z policją, bo obcokrajowcy nie są teraz miło widziani w Sedzie.
Byłyśmy na nich mocno wkurzone, ale opuściłyśmy samochód.
Całe to zamieszanie spowodowane było wzmożoną kontrolą terenów tybetańskich, ponieważ parę dni temu Dalajlama obchodził urodziny i lokalni ludzie robili demonstracje. Szanowny rząd chiński również pozbawił łączności z Internetem tamte tereny. Atmosfera była bardzo posępna.
Było po 7 rano.
Postanowiłyśmy ruszyć na stopa.
Słabo nam to szło.
Brak samochodów albo takie, które nie jechały nigdzie daleko.
Przeszłyśmy się kawałek, zobaczyłyśmy, że siedzi przy rzece niewysoki Chińczyk z całym ekwipunkiem.
Postanowiłam do niego podjeść i zagadać.
Okazało się, że też nie załapał się na bilet do Sedy.
Postanowiliśmy spróbować dostać się tam w trójkę.
Ja, Zofia i Chińczyk zwany przeze mnie roboczo Tołdim Podnóżkiem (bo tak trochę wyglądał), zaczęliśmy łapać samochody.
Udało nam się zatrzymać samochód z jakimiś mężczyznami w środku.
Nie zrozumiałam dokąd jadą, ale nasz Tołdi powiedział, że to po drodze i możemy się z nimi zabrać kawałek.
Jechaliśmy z nimi może z godzinę, wysadzili nas w jakimś dziwnym miejscu i nasze drogi się rozeszły.
Jeszcze wtedy miałam humor, bo nie wiedziałam, co będzie dalej.
Musieliśmy przejść przez tunel w górach, co było dosyć przerażające.
Za tunelem rozglądaliśmy się za samochodami.
Nic nie jechało.
Zero wiosek dookoła.
Nic. Góry i rzeka.
Przypomniało mi się co mówiłam dzień wcześniej do Zofii.
Tak szliśmy sobie w deszczu jak trzy smutne kaczki, starając się zatrzymać cokolwiek, ale nie było tam cywilizacji. Uszliśmy tak może z 5km aż nagle nadjechał jakiś Tybetańczyk w umorusanym samochodzie, mający dość miejsca, by nas zabrać. Zrozumieliśmy, że z miejscowości, do której on jedzie, będziemy mieli ok.100km do przejechania, więc 3/4 trasy będzie za nami.
Trochę mi ulżyło.
Droga do Sedy była najpaskudniejszą jaką w życiu widziałam.
Strasznie wąska, usłana dziurami, po jednej stronie były strome góry, po drugiej rzeka, nie daj Boże źle skręcić i śmierć na miejscu.
Cały czas podskakiwaliśmy we wszystkie strony podczas jazdy i zaczęłam myśleć, że nie zniosę tego psychicznie.
Po jakiś 2-3h paskudnej przejażdżki nagle się zatrzymaliśmy.
Korek.
Ucieszyłyśmy się z Zofią, bo nie jadłyśmy nic od rana, a miałyśmy ze sobą ciepły posiłek instant do przygotowania.
I tak stoimy w korku pół godziny.
Nic nie ruszyło.
Godzinę .
Nadal nic.
Półtorej.
Nasz Tybetańczyk poszedł na początek korka, wrócił, powiedział, że mamy iść za nim.
Wyszło szydło z worka.
Brak drogi.
Usypała się skarpa.
Tłum ludzi siedział i patrzył na innych jak próbują odgarniać skały maszynami.
Powiedziano nam, że samochody przejadą za 3 dni najwcześniej, ale my jeszcze dziś będziemy mogli przejść na drugą stronę.
Spojrzałyśmy się z Zofią po sobie wzrokiem na co nam to było, ale czekałyśmy jak wszyscy.
Tybetańczyk powiedział, że po drugiej stronie będzie czekał na nas przyjaciel z samochodem i mamy się nie martwić.
Łatwo mu było mówić.
Po 4 godzinach powiedziano nam, że możemy przejść.
Pierwszy raz w życiu czułam się jak jakiś imigrant, który desperacko próbuje się wydostać z okropnego miejsca. Musiałyśmy się wdrapywać po skałach, przy czym za każdym razem mówiłam sobie „nie patrz w dół”, bo tam była rzeka i jakbym się potknęła to koniec.
Udało nam się jakimś cudem przejść.
Tybetańczyk na nas czekał z nowym samochodem.
Wpakowaliśmy się do środka.
Zabrał jeszcze kilka osób i ruszyliśmy.
Robiło się późno.
Po 18.00 wylądowaliśmy w miejscowości, która była położona jakieś 130 km od Sedy. Tybetańczyk powiedział, że jak nie zdołamy się tam dostać mamy do niego zadzwonić.
Zostaliśmy w trójkę.
Ja, Zofia i Tołdi.
Udało nam się złapać kogoś, kto zgodził się nas zabrać 70 km.
Wszystko mi mówiło, że wcale nie będzie lepiej, bo robiło się ciemno i był absolutny brak innych samochodów po drodze.
Kierowca wysadził nas na skrzyżowaniu i powiedział, że dalej jedzie do siebie i musimy sobie poradzić.
Nie było po drodze nic.
Znowu zaczęło padać i było zimno.
Szliśmy jak ostatni nędznicy, już sobie w głowie zaczęłam układać plan, żeby poprosić miejscowych o nocleg, gdy nagle nadjechał samochód.
Para tybetańska z małym dzieckiem.
Nie zrozumieliśmy się wcale. Ale pokiwali głową, żeby z nimi kawałek pojechać, więc wsiedliśmy.
Ujechaliśmy z 10 km aż zobaczyliśmy skrzyżowanie prowadzące do Sedy. Kazaliśmy im się zatrzymać. Zofia wysiadła pierwsza, akurat nadjeżdżało auto.
Zdołała je zatrzymać, desperacko pytając Chińczyków, czy pomogą nam dojechać do Sedy.
Bardzo się zdziwili, ale zgodzili się nas zabrać, bo też tam jechali.
Trochę się uspokoiłam.
Zaczęli komentować, że obcokrajowcy nie powinni tam jechać, bo czas jest nieprzychylny, ale powtarzałam sobie w duchu, że wszystko się dobrze skończy.
Przy granicy miasta było mnóstwo wojska i policji.
Przez chwilę myślałam, że po tym wszystkim nas cofną.
Jednak udało nam się wjechać do miasta bez problemu.
Znalazłyśmy z Zofią hostel, zjadałyśmy resztki naszego jedzenia.
Zofia poszła się myć, do mnie zadzwonił Hamayun, czy wszystko dobrze, bo jutro wraca do Pakistanu.
A mi z oczu leciały mi łzy.
Nie wiedziałam czy schodzi ze mnie stres, czy mam w oczach kurz z całego dnia.
Zofia wyszła z łazienki, z taką samą twarzą jak ja.
Usiadła na łóżku i powiedziała: ja też się bałam.
zasypana droga do Sedy

Podobne Wpisy

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.