Góra Emei w prowincji Sichuan

Mniej więcej od czterech lat za każdym razem, gdy mówiłam jakiemuś Chińczykowi spoza prowincji Sichuan, że mieszkam w Chengdu, ciągle słyszałam: „A byłaś zobaczyć górę Emei? To najpiękniejsza góra w Chinach!” Dla Chińczyków jest to miejsce szczególne. To święta góra buddystów. Jedna z czterech najważniejszych w Państwie Środka. Na jej terenie wzniesiono ponad 200 świątyń, obecnie można zobaczyć tylko 30.

Phi, pomyślałam. Gór widziałam w swoim życiu całe mnóstwo. Sichuan znam od podszewki. Nigdy mnie jakoś specjalnie nie ciągnęło, żeby pojechać na Emei. Zapytacie się, dlaczego. W końcu to miejsce zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To był właśnie jeden z głównych powodów, dla których wbrew pozorom nie chciałam się tam wybrać. Chińczycy zwietrzyli tam niezły interes.

Jak się dostać na górę Emei?

Tym razem zabrałam ze sobą na wyprawę przyjaciółkę z Rosji. Kupiłam nam bilet na dojazd i powrót – koszt przejazdu pociągiem w jedną stronę to ok. 70 RMB (mniej więcej 36 zł). Jako środek transportu zdecydowanie polecam wybrać pociąg niż autobus – czas dojazdu dużo krótszy, z Chengdu to tylko godzina, natomiast przejażdżka autobusem zajmuje ok. 3 godzin.

Stacja kolejowa w mieście Emei jest wielkim biurem turystycznym. Możecie tam kupić bilet wstępu na górę (koszt wszystkich atrakcji to ok. 200 rmb, czyli ponad 100 zł) oraz bilet autobusowy, który ułatwi Wam poruszanie się po górze (90 rmb za wszystkie przystanki – ok. 46 zł). Uważam, że jest to straszne zdzierstwo. Chińczycy robią naprawdę wielkie pieniądze na biletach wstępu do atrakcji turystycznych, tutaj było tak samo. Pobyt w Emei zależy od Was. Można tam spędzić cały dzień bądź nawet tydzień. Co komu pasuje.

Gdy kupicie potrzebne bilety, na zewnątrz będzie czekał autokar, który zabierze Was na górę. Tutaj trzeba doliczyć kolejny przejazd – ok. 30-40 min. Nie przeszkadza to jednak specjalnie, po drodze widzi się piękne miasto, a i otoczenie wiodące do góry jest urocze.

Złoty Szczyt – pokłony dla Buddy

Osobiście nie czuję się zbyt dobrze w górach, dlatego dla mnie jednodniowy wypad na Emei był wystarczający. Pogoda była idealna, słonecznie, ale niezbyt ciepło. Jak zwykło się mawiać, im dalej w las, tym więcej drzew. Tak było i tym razem. Im wyżej wjeżdżaliśmy autokarem, tym bardziej robiło się mgliście i ponuro. No cóż. Zdawałam sobie sprawę, że zapierających dech w piersiach widoków na pewno nie zobaczę. I nie pomyliłam się.

Dla każdego, kto wybiera się na górę Emei, priorytetem będzie dotarcie do Złotego Szczytu. To trochę taka chińska Częstochowa. Cały szkopuł w tym, że dotrzeć tam wcale nie jest tak łatwo. Do Szczytu prowadzą wąziutkie strome schody. Wszędzie wyskakują dzikie małpy, od których trzeba uciekać. Wjazd kolejką na górę to kolejne zdzierstwo, bo za 3 minuty przejażdżki płaci się 68 RMB. Poza sezonem jest taniej, bo jedynie 30 RMB. Dodam, że to tylko koszt przejazdu w jedną stronę.

Mistyczność Złotego Szczytu i znajdującego się tam posągu Buddy zabili Chińscy turyści. Każdy się na każdego pchał. W chińskim zwiedzaniu chodzi bardziej o to, by zrobić sobie szybką fotkę i wysłać do znajomych za pomocą popularnej aplikacji WhichApp aniżeli poczuć znaczenie miejsca, w którym się jest.

Chcąc przyoszczędzić na bilecie na kolejkę z powrotem na dół, postanowiłyśmy zejść schodami. To był straszny błąd. Uważam się za osobę bardzo wysportowaną, ale strome schody pokonały moje stawy. Z każdym krokiem dygotały mi kolana.

Po drodze minęła nas para Chińczyków – ojciec i syn. Ja rozmawiałam z przyjaciółką po angielsku, ojciec zaczął komentować do syna po chińsku: „Wszędzie tylko ci Rosjanie”. Przysięgam, słuchanie tego typu komentarzy to w Chinach mój chleb powszedni. Tak mnie to wzburzyło (bo przecież nie mógł wiedzieć skąd jesteśmy) że burknęłam na głos po chińsku: „To straszna ignorancja kategoryzowanie słowiańskich kobiet do jednej nacji”.  Na co syn odpowiedział speszony po angielsku: „Mój tata tylko chciał się dowiedzieć, skąd pochodzicie”. Rzuciłam mu spojrzenie „no chyba nie” i poszłam dalej.

Świątynia Długiego Życia – kolejny przystanek na górze Emei

Czas nas gonił, kolana bolały, ale postanowiłyśmy odwiedzić jeszcze jedno wyjątkowe miejsce na górze Emei – Świątynię Długiego Życia, znaną też jako Świątynia Tysiąca Lat.

Znowu trzeba było wsiąść w autokar i się przetransportować. Tam był dużo lepszy i bardziej przyjazny stawom szlak, więc postanowiłyśmy podreptać do celu zamiast wsadzać tyłek w kolejkę za dodatkową opłatą. Było to dosyć urokliwe miejsce, jednak po raz kolejny – rozbój w biały dzień. Człowiek zmęczony dotarł do celu i słyszy przed bramą świątyni, że go nie wpuszczą, jak nie zapłaci opłaty za wejście. Niech to szlag. Nie było wyjścia, musiałyśmy wyskoczyć z kasy.

Styl świątyni różnił się od poprzednich odwiedzanych przeze mnie miejsc. Przypominał park. Wszędzie były słonie i modlący się mnisi. Można tam było złapać oddech. Mówi się, że jeżeli dotkniesz tamtejszego słonia, czeka Cię tysiąc lat szczęścia.

Powrót do Chengdu

Nasz pociąg odjeżdżał planowo o 22, ale byłyśmy mocno zmęczone całodziennym chodzeniem, więc postanowiłyśmy wrócić na stację kolejową i spróbować załapać się na jakiś wcześniejszy transport do domu.

Niestety brakło miejsc. Nawet stojących. Oczywiście nie chciało mi się czekać 4 godzin, więc powiedziałam Rosjance, że idę coś załatwić. Podeszłam do miejscowych kierowców, wcześniej wykalkulowałam sobie cenę w głowie i postanowiłam podpytać, czy któryś nas nie zabierze. Nie robiłam tego po raz pierwszy, więc negocjacje przebiegły sprawnie. Zaświtało mi jeszcze w głowie, że bilety na pociąg można oddać i dostaniemy 80% zwrotu. Słowem – zrobiłam świetny interes. I tak, zamiast zdychać na stacji, wracałyśmy do domu klimatyzowanym jeepem. Po drodze kierowca zgarnął jeszcze dwójkę Chińczyków. Niestety były korki, więc długo nam schodziło w trasie. Zabawny był moment, kiedy kierowca dał swoją komórkę Chińczykom, żeby sprawdzili mu, gdzie dokładnie są korki. Żadne nie potrafiło obsłużyć mapy. Zabrałam im więc ten telefon z łap, kliknęłam trzy razy i powiedziałam kierowcy, jak ma jechać.

Góra Emei – warto czy nie warto?

Turystom, którzy przyjeżdżają na wakacje do Chin, na pewno się spodoba. Starym wyjadaczom – jak mnie – nie. Jest to bardzo kosztowny wypad, który nie niesie za sobą poczucia uduchowienia, a zdenerwowanie na pieniądze uciekające z portfela. Jeśli ktoś chce zobaczyć Emei, niech sobie obejrzy film dokumentalny.

Wolę Was zabrać w inne miejsca:

Zapisz

Zapisz

Podobne Wpisy

1 Komentarz

  1. Candy Pandas mówi

    Nie spodziewałyśmy się takiego dojenia z kasy xD Ceny kosmiczne a człowiek idąc pieszo chcąc zaoszczędzić, potem czuje się jak ostatni sknera 😛
    W ogóle słyszałyśmy, że w Azji każda biała kobieta z góry jest brana z Rosjankę, prawda?

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie upubliczniony.